Podróże

Życie na walizkach

Uświadomiłam sobie, że właśnie minęło 16 miesięcy od mojej wyprowadzki z Polski.

5 listopada 2016 roku, wraz z całym dobytkiem spakowanym do trzech walizek, wyruszyłam w podróż ku zupełnie nowemu życiu w Afryce.

16 miesięcy to z pozoru bardzo krótki okres. Ledwie dobijam do 1,5 roku, jednak wydarzyło się tak wiele, że moje życie “przed”, wydaje się być niezwykle odległe. Zwykle nie śledzę dat, nie świętuję urodzin ani rocznic, jednak dziś mimowolnie zaczęłam układać w myślach podsumowanie tego gorącego okresu. Czasami krótki czas jest w stanie odmienić nasze życie nie do poznania.

Przeprowadzka sama w sobie potrafi być stresująca. Jeśli jednak dodamy do tego rezygnację z pracy, wyprowadzkę z ukochanego mieszkania i miasta w którym czujemy się komfortowo, pożegnania z rodziną i przyjaciółmi, wtedy urasta to do całkiem sporego wyzwania emocjonalnego.

Zostawić całe życie za sobą dla miłości i w nadziei, że na innym krańcu świata czeka nas coś lepszego? Szaleństwo – i całe otoczenie postrzegało mnie właśnie jako wariatkę, która po ledwie roku znajomości postanowiła wyjść za mąż. W dodatku wybrankiem okazał się być Arab, z którym widziałam się raptem parę razy. Z kolei decyzja o zamieszkaniu w odległym kraju, o którym nikt nie słyszał wiele dobrego, uchodziła za, delikatnie mówiąc, nierozsądną.

Jakby tego było mało, dodatkowego stresu dostarczał ślub, który również z definicji jest wydarzeniem budzącym wiele skrajnych emocji – w końcu z założenia, jest to decyzja na całe życie. A taki brany po kryjomu, w kraju obcym nam obojgu, dodaje dodatkowych przeżyć 😉 O ile cała rodzina męża znała nasze plany, o tyle z mojej strony z sytuacją zaznajomiona była tylko babcia. Dla rodziców wystarczającym szokiem było to, że rzuciłam pracę i wyniosłam się do Tunezji.

Zderzyliśmy się z biurokracją, bo konieczne było spełnienie wymogów formalnych naszych krajów pochodzenia oraz Tunezji, jako kraju w którym zawieraliśmy związek małżeński. Sprawy nie ułatwiała także moja determinacja, żeby w papierach było wpisane, że jestem muzułmanką. To wcale nie takie proste, biorąc pod uwagę fakt, że w przypadku muzułmanki, obecny podczas ślubu musi być mahram, czyli opiekun, którym tymczasowo został… Wykładowca prawa szariatu z pobliskiego uniwersytetu 😉

Gdy już myślałam, że będę mogła rozkoszować się błogim lenistwem, zderzyliśmy się z koniecznością dwumiesięcznego rozstania. Każde z nas mieszkało w innym kraju, a do ukochanego Tunisu wróciłam już tylko po to, żeby pozbyć się całego dobytku, podczas gdy mąż urządzał nam życie na pustyni.

Wiecie co jest gorsze od przeprowadzki za granicę? Przeprowadzka za granicę ze zwierzakiem.

Podróż z wielokrotnie przekroczonym limitem bagażu i spanikowanym kotem, który musi przetrwać w transporterze kilkugodzinne loty i przesiadkę to żadna frajda. Szczególnie, gdy leci się w nieznane, mając jak najgorsze wyobrażenie o nowym miejscu zamieszkania. Pośrodku niczego, z ograniczonym dostępem do wszystkiego, co dotychczas było dla mnie naturalne.

Jakkolwiek irytujące bywa życie w miejscu, gdzie wszystko jest obce, inne, gdzie niczego nie można przyjąć na pewne, teraz, po ośmiu miesiącach, już potrafię nazwać je moim domem – chociażby z obawy przed kolejną przeprowadzką, która niechybnie czeka nas jeszcze w tym roku 😉

Takie życie na walizkach, w ciągłej niepewności o to, co będzie dalej, jaki jest następny krok, jest równocześnie pasjonujące i frustrujące.

Z jednej strony nie narzekam na brak wrażeń, a z drugiej czasami tęsknię za miejscem, które mogłabym nazwać domem i do którego zawsze mogłabym wracać.

Z perspektywy czasu łapię się na myślach, że moje życie byłoby znacznie łatwiejsze, gdybym nie postawiła wszystkiego na jedną kartę. Gdybym nadal nudnie i wygodnie siedziała przez pół dnia w biurze przygotowując wykresy i prezentacje, wieczorami zamawiając sobie jedzenie z dowozem, zamiast stresować się jak długo będzie trzeba czekać, aż masło znowu pojawi się w sklepach 😉

Pomimo wszystkich nerwów, irytacji, niepewności i brutalnego zderzania się z tutejszą rzeczywistością, ten okres był najlepszym w moim życiu. Najbardziej wartościowym, który pozwolił mi poznać nowy wymiar samodzielności i odkryć siebie samą na nowo. Dzięki któremu nauczyłam się doceniać wszystko to, co mam, a czego dotychczas nie dostrzegałam.