fbpx
Lifestyle,  Zdrowie

Napisałam magisterkę walcząc z chorobami psychicznymi – garść motywacji

Największym błędem, jakim popełniłam, było kierowanie się rozsądkiem przy wyborze studiów magisterskich. Padło na Uniwersytet Warszawski – bo prestiżowy i na zarządzanie – bo spójne z moją pracą. O ile nie żałuję wyboru uczelni, to już wybór kierunku bardzo. 2 lata przedmiotów, które nie tylko mnie nie interesowały, ale wręcz męczyły, było prawdziwą udręką. Wiedziałam, że nie mniejszą będzie pisanie pracy magisterskiej z zakresu, który nie ciekawi mnie ani trochę.

Dlaczego zwlekałam z napisaniem pracy magisterskiej?

Absolutorium uzyskałam w 2015 roku. Wiedziałam, że uzyskanie dodatkowego tytułu nie zmieni mojej sytuacji zawodowej. Miałam stosunkowo ugruntowaną pozycję w firmie, która nie miała polityki dawania podwyżek lub jakichkolwiek benefitów za podnoszenie kwalifikacji. To zdecydowanie nie motywowało. Napisanie pracy i obrona stały się formalnością, której powinnam była dopełnić dla samej siebie. Jedyną różnicą był brak literek „mgr” na służbowej pieczątce.

Odłożyłam pisanie pracy na rok, który obfitował w ogrom zmian w moim życiu. Wiedziałam, że został mi jeszcze jeden, gdy mogłam się bronić bez dodatkowych opłat. Motywacja okazała się jednak niedostateczna. W międzyczasie zrezygnowałam z pracy i przeprowadziłam się do Afryki.

Niedokończone sprawy

Męczę się, ilekroć wiem, że mam coś do zrobienia, a z jakiegokolwiek powodu tego nie robię. Odkładanie na wieczne „później” ma swoje konsekwencje w postaci poczucia winy. A to z kolei powoduje większe poczucie bezsilności. Sama złapałam się w pułapkę, z której ciężko było się uwolnić.

Wznowienie studiów po przekroczeniu 2 lat wiązało się z opłatą za seminarium magisterskie i ewentualnym wyrównywaniem różnic programowych. Kolejne kwestie, które działały zniechęcająco, a jednak nieustannie towarzyszyło mi poczucie, że zmarnowałam czas, który przeznaczyłam na studia. Chciałam zacząć coś nowego, a równocześnie nie chciałam zostawiać rozgrzebanej magisterki, do której straciłam zapał.

Całość utrudniał fakt, że mieszkałam za granicą i musiałabym pojawiać się na uczelni. Paradoksalnie, z pomocą przyszła mi pandemia, która wywróciła świat do góry nogami i wprowadziła nauczanie zdalne.

Brak zrozumienia, który wyszedł mi na dobre

W lipcu 2019 roku zdiagnozowano u mnie depresję i zespół stresu pourazowego (PTSD). To był najczarniejszy okres mojego życia, w którym ledwie funkcjonowałam i ostatkiem sił doczołgałam się do psychiatrki, a później na terapię. Przez pierwszy miesiąc leczenia, zanim antydepresanty zaczęły działać, musiałam zażywać leki przeciwlękowe, by w ogóle być w stanie cokolwiek ze sobą zrobić.

Nie otrzymałam w tym czasie wsparcia od najbliższej mi osoby, czyli mojego męża. Depresja do tej pory nie jest dla niego chorobą w pełnym znaczeniu tego słowa, tym samym nie zdawał sobie sprawy z rodzaju wsparcia, jakiego potrzebowałam. Zamiast tego, gdy we wrześniu byłam w Polsce, trochę wymógł na mnie złożenie podania o wznowienie studiów. Zrobiłam to, bo miałam dość tak poczucia winy, że nic z tym nie robię, jak i jego nalegania, żebym postarała się o dyplom.

Tak właśnie, w najtrudniejszym okresie swojego życia, wróciłam na studia.

„Nie dam rady”, czyli kilka miesięcy przerwy

Miałam żal do siebie, że dałam się namówić na powrót na studia. Zażywałam coraz większe dawki leków, w niektóre dni nie miałam siły zwlec się z łóżka i już z samego tego powodu czułam się winna. Doszło do tego jeszcze poczucie winy, że nie robię nic ze studiami i wyrzuciłam w błoto 1200 zł.

Każdego dnia płakałam i podejmowałam się wysiłku wykonania najprostszych czynności, które urastały do rangi niemożliwych. Moje listy zadań na dany dzień uwzględniały czynności takie jak „napić się wody”, „pościelić łóżko”, czy „umyć zęby”. Research i pisanie były zdecydowanie poza moim zasięgiem.

Z uczelni przyszedł list potwierdzający przyjęcie mnie na listę studentów, a ja nie miałam siły napisać do promotora z pytaniem, czy przyjmie mnie ponownie do siebie na seminarium i poprowadzi pisanie pracy magisterskiej. Zanim zaczęłam czuć się lepiej, minęło kilka miesięcy. W tym czasie lekarka zmieniła mi leki, zwiększyła dawkę, a ja co tydzień spotykałam się z terapeutką, próbując dojść do ładu.

Przełom dzięki terapii

W całym procesie leczenia depresji i PTSD terapia okazała się pomagać mi najbardziej w kwestii studiowania. Co było kluczowe? Określiłam, dlaczego chcę napisać pracę magisterską, z jakiego powodu jest to dla mnie ważne. Praca, a w konsekwencji uzyskanie dyplomu przestały być czymś, do czego skłonił mnie mąż, a zaczęły na powrót stanowić moją ambicję. Chciałam napisać i obronić pracę.

Chcieć to móc, ale jak się do tego zabrać, gdy choroba wpływa na każdy aspekt życia? Gdy czarne myśli są tak intensywne, że równocześnie oglądałam serial i grałam na komórce, żeby nie pozwolić sobie na chwilę spokoju? W końcu, gdy każdy wysiłek intelektualny wydawał się zwyczajnie trudny. Z powodu depresji miałam problemy z koncentracją, a nawet z pamięcią. Bałam się, że to, co będę pisać, nie będzie miało sensu.

Po prostu zacznij

Terapeutka przekonywała, że powinnam ponownie wytrenować swój mózg w robieniu rzeczy, które niegdyś były tak łatwe, a nagle stały się wyzwaniem. Gdy myślałam o napisaniu pracy, czułam się przytłoczona zdając sobie sprawę z ogromu materiału, wysiłku i czasu, jaki będzie to kosztowało. Miałam zrobić coś zupełnie banalnego, co jednak genialnie się sprawdziło – po prostu zacząć pisać. Cokolwiek.

  • Przestałam myśleć o pracy całościowo. Rozbiłam ją na niezależne od siebie części – rozdziały i podrozdziały, które mogły mieć najwyżej po kilka stron. Kilka stron brzmi lepiej niż kilkadziesiąt.
  • Nie myślałam o napisaniu całego rozdziału czy podrozdziału. Miałam napisać 1 zdanie dziennie – to i tak więcej, niż nie robić tego wcale.
  • W późniejszym czasie miałam pisać przez 5, 10, 15 minut – zależnie od tego, ile miałam energii.
  • Starałam się pisać codziennie, nawet jeśli było to pisanie zdania „nie chce mi się pisać tej głupiej pracy” – chodziło o ciągłość.

Znalazłam radość i satysfakcję

Jedno zdanie stało się akapitem, a akapit całą stroną. Nagle z pisania po kilka minut dziennie powstało kilka stron. Zaczęłam zauważać, że mnie to ekscytuje. Cieszyło mnie każde kolejne zdanie, każda strona zapełniona słowami, które pokazywały, że choroba nie ma nade mną władzy. Że mimo wszystkich zmagań i poczucia winy potrafię być produktywna. To dawało ogromne poczucie sprawczości, tak bardzo potrzebne po miesiącach choroby.

Nie jestem pewna, czy leczenie przynosiło efekty, więc łatwiej mi się pisało, czy może czułam się lepiej właśnie dzięki pisaniu? Być może i to i to. Wiem jednak, że zaczęłam zatapiać się w dokumentach i czytać raporty, mając ogromną frajdę ze sporządzania analiz i opisywania związków przyczynowo – skutkowych. Nabierająca kształtu praca magisterska była manifestem mojego dochodzenia do siebie, udowodnieniem sobie samej, że się nie poddam.

Sukces, którego się nie spodziewałam

Czy praca magisterska pisana w czasie choroby może być dobra? Mam nadzieję, że niepewna swoich możliwości, tłamszona przez syndrom oszustki ja, będę pamiętała, że w czasie gdy chorowałam na depresję, napisałam pracę magisterską, która nie tylko została oceniona na piątkę. Po obronie dostałam wiadomość od promotora, że powinnam rozważyć pisanie doktoratu. Chyba nigdy nie byłam z siebie tak dumna i szczęśliwa.

Od zrealizowania celu dzieli nas tylko i aż działanie. Czasami zdajemy się o tym zapominać.