Jestem Polką, jestem muzułmanką

Z rosnącym przerażeniem obserwuję to, co dzieje się w mojej ojczyźnie. Nienawiść i ataki skierowane w stosunku do jednej grupy społecznej, która w Polsce jest tak niewielka, że nie powinna być w ogóle postrzegana jako jakiekolwiek zagrożenie, nieustannie przybierają na sile.

Uzasadnione? Tak, jeżeli stosujemy odpowiedzialność zbiorową. To, co dzieje się dziś na świecie jest niewyobrażalne, nielogiczne i w naturalny sposób staramy się to zracjonalizować, sprowadzić do prostego wytłumaczenia, w którym winić można ideologię lub religię. Czujemy się zagrożeni, obawiamy się o swoje zdrowie i życie i również w naturalny sposób chcemy zidentyfikować potencjalnego wroga, nadać mu kształt i cechy, które umożliwią wyłowienie go z tłumu.

Hidżab, ciemniejszy kolor skóry, nietutejszy akcent. Od razu uruchamia się czujność. Inność często wzbudza podejrzliwość, czasami ciekawość, ale też niechęć i agresję. Szczególnie, gdy pewne cechy tej inności możemy odnaleźć w tych, którzy stwarzają rzeczywiste zagrożenie.

Proszę, zastanów się, dlaczego tak bardzo nas nienawidzisz? Dlaczego mnie nienawidzisz, mimo że mnie nie znasz?

Dokonałam w swoim życiu ważnego wyboru, który w znacznym stopniu determinuje to, kim jestem. Kiedyś byłam chrześcijanką, teraz jestem muzułmanką. Nie oznacza to, że zaprzedałam swoją ojczyznę czy kulturę – tak samo jak osoby decydujące, że jakakolwiek religia nie jest dla nich.

Różnię się od Ciebie na pierwszy rzut oka – w końcu zasłaniam włosy, robię coś niezrozumiałego, utożsamianego z przymusem i brakiem swobody. Dla mnie niezrozumiałe jest to, dlaczego chusta wzbudza tyle negatywnych emocji. Fakt, iż zasłaniam włosy nie jest wymierzony przeciwko nikomu, nie jest wyrazem poparcia dla przymusu, który w niektórych krajach funkcjonuje. Przeciwnie – jest on wyrazem wolności i swobody, jaką daje przywilej mieszkania czy przebywania w kraju demokratycznym. Mogę nosić krótkie sukienki – nie muszę. Mogę nosić hidżab – nie muszę. Jest to moja własna, świadoma i przemyślana decyzja.

Zmieniłam sposób w jaki wierzę, ale nadal wyznaję takie same wartości jak kiedyś i jestem pewna, że są one zbieżne z tymi, którymi Ty kierujesz się w swoim życiu. Tak samo jak Ty, staram się być lepszą wersją samej siebie, mam takie same marzenia o coraz lepszym życiu, takie same dążenia, plany i ambicje.

Tak samo jak Ty, chciałabym po prostu móc czuć się bezpiecznie. Chciałabym móc wyjść z domu bez obaw, iż padnę ofiarą szaleńca działającego w myśl chorej interpretacji religii, chciałabym mieć pewność, że moja rodzina jest bezpieczna, że moim znajomym nic nie grozi.

Chciałabym też nie musieć się bać o to, że zostanę pociągnięta do odpowiedzialności za czyny innych.

Może czasami warto zastanowić się nad tym, co nas łączy, zamiast skupiać na tym, co nas różni?

Co Twoje to moje

Trochę tak wygląda kwestia własności w małżeństwie muzułmańskim – i na wygranej pozycji jest tutaj wbrew pozorom kobieta. Często można spotkać się z opinią, iż w Islamie to mężczyzna ma uprzywilejowaną pozycję, jednak moje doświadczenia i obserwacje wskazują na coś zupełnie odwrotnego. Szczególnie w małżeństwach arabskich wyraźnie widać dominującą rolę kobiety, która z łatwością jest w stanie skłonić męża do podążania za nią.

Od samego początku wszelka odpowiedzialność, szczególnie finansowa, spoczywa na mężczyźnie. To w jego gestii leży utrzymanie rodziny i nie ma tutaj najmniejszego znaczenia to, czy kobieta którą poślubił jest zamożna czy nie – jej pieniądze należą jedynie do niej, a mąż ma zapewnić jej dach nad głową oraz zaspokoić jej potrzeby.

Bardzo cenię sobie komfort wyboru w kwestii pracy zawodowej – z ulgą rozstałam się z nużącą pracą w korporacji i zaskakująco dobrze odnajduję się w roli żony i pani domu. Nie, mój mąż nie zabrania mi pracować – gdy wspominam o pracy online jedynie pyta po co miałabym się denerwować, przecież niczego mi nie brakuje. Jeżeli jednak zdecyduję się powrócić do pracy moje wynagrodzenie będzie należało jedynie do mnie, a mąż nadal będzie musiał mnie utrzymywać. W praktyce oznacza to, iż w żaden sposób nie odciążyłabym budżetu domowego – fryzjer, kosmetyczka, ubrania czy kosmetyki nadal zapewniałby mi mąż.

Tak, taka sytuacja zdecydowanie ma swoje negatywne strony, szczególnie utrata tego pozornego poczucia kontroli, którą zapewnia własny dochód. Warto jednak wziąć pod uwagę fakt, że tutaj status kobiety nie ulega degradacji w momencie, gdy decyduje się ona na niepodejmowanie pracy zawodowej. Nie zostaje ona sprowadzona jedynie do roli kury domowej, nie usłyszy od męża, że nie ma nic do powiedzenia, bo przecież nie zarabia. Raczej usłyszy „kochanie odpocznij, ja umyję naczynia”.