Przyjechałam do Maroka, wyjechałam z Sahary Zachodniej

To post, który bardzo chciałam napisać, ale musiałam poczekać, aż wyjadę Tak wiele chciałabym Wam przekazać, że nie wiem jak zacząć, nie wiem jak to opisać. Będę więc pisać tak, jakbym mówiła i zapewne będziecie mieli sporo do przeczytania. To temat niezwykle ważny, bo tak zbliżony do tego, co nam znane. To jak historia Polski rozgrywająca się na innym kontynencie. Półtora roku temu przeprowadziłam się do Maroka Maroko znamy wszyscy z lekcji geografii. Wyróżniający się, pociągły kraj na północno-zachodnim krańcu Afryki. Tangier, Casablanca, Marrakesz, Agadir. Marzenie o egzotycznych wakacjach, które sprawia, że oczami wyobraźni przenosimy się na zatłoczony souk i prawie-prawie jesteśmy w stanie poczuć unoszący się w powietrzu ciężki zapach przypraw. Zgiełk, w tle wybrzmiewa wezwanie do modlitwy. Piękne plaże, ocean, wspaniałe jedzenie. Pewnie cieszyłabym się z przeprowadzki do takiego Maroka. Pewnie zasypałabym Was zdjęciami z wąskich uliczek i opowiedziała o tym, jak toczy się życie w takim miejscu. Zapewne tam moje życie byłoby znacznie łatwiejsze. Pewnie nie zwróciłabym nawet uwagi na to, co znajduje się za fasadą wakacji all inclusive. Kilka tygodni temu wyprowadziłam się z Sahary Zachodniej Jak to możliwe, że wjechałam do jednego kraju, a wyjechałam z innego? O tym właśnie będzie moja opowieść. Opowiem Wam o mojej własnej ignorancji, o tym, dlaczego od jakiegoś czasu unikałam odpowiadania na pytania o to, w jakim państwie mieszkam, a także o tym, co widziałam na własne oczy na ulicach okupowanego kraju. Przerywana linia na mapie Jeżeli dobrze przypatrzycie się mapom, zauważycie spory rozdźwięk. Na niektórych Maroko sięga od Morza Śródziemnego po Mauretanię, na innych jest o połowę mniejsze, a jeszcze inne pokazują przerywaną linię nieco poniżej Agadiru. Skłamałabym, twierdząc, że kiedykolwiek to zauważyłam czy że w ogóle mnie to interesowało. Trochę wstyd, że nawet stojąc wobec perspektywy przeprowadzki, nie czułam potrzeby, żeby bardziej zainteresować się tematem. Co prawda mąż wspomniał co i jak, ale byłam zbyt rozżalona tym, że musimy opuścić Tunezję i absolutnie nie w głowie była mi polityka. Jechałam do Maroka – a że jakieś tam plemię uważało, że lepiej im będzie samodzielnie. Byłam raczej zirytowana, wyobrażając sobie niepiśmiennych ludzi, których fanaberią jest mieć własny kraj. Jeśli chcesz w pełni zrozumieć, czym jest Sahara Zachodnia i co dzieje się w tym wyjątkowym kraju, zapraszam Cię do przeczytania jej historii do której przejdziesz klikając w poniższy baner. Granica, która nie istnieje, kraj, którego nie ma Mur wstydu dzieli Saharę Zachodnią na dwie części. Wschodnia jest przez Sahrawi nazywana “Terytoriami Wyzwolonymi”, a zachodnia “Terenami Okupowanymi”. Dla Maroka całość jest po prostu Marokiem, ewentualnie “prowincją południową”. Na marokańskich i francuskich mapach próżno szukać przerywanej linii, czy też napisu “Sahara Zachodnia”. ONZ, w odróżnieniu od Unii Afrykańskiej, nie uznaje Saharyjskiej Arabskiej Republiki Demokratycznej jako niepodległego kraju,1 równocześnie marokańskie zwierzchnictwo nad Saharą Zachodnią nie jest uznawane przez żadne państwo, łącznie z Francją i USA.2 Mimo wszystko to Maroko sprawuje władzę administracyjną nad saharyjskimi terenami, korzystając w pełni z ich zasobów naturalnych, o czym można przeczytać na stronie Western Sahara Resource Watch. Można znaleźć tam również raport, dotyczący zaangażowania jednej z polskich firm, w poszukiwania ropy i gazu na okupowanym terytorium. Wjeżdżając do Sahary Zachodniej, potrzebujemy marokańskiej wizy, na lotnisku wita nas portret króla, paszport stempluje marokański oficer. Płacimy marokańskimi dinarami, mijamy niezliczoną ilość marokańskich flag, które po pewnym czasie zaczynają irytować swoją natarczywością. W całym Maroku nie widziałam ich tylu, ile widziałam w samym tylko Laayoune. Flaga zwisa z każdej latarni na głównej ulicy miasta, a na mniejszych – tylko z niektórych. Wszystkie banki, budynki poczty, hotele, a często także ogromna liczba sklepów, piekarni i salonów fryzjerskich wywiesza czerwone flagi z zieloną gwiazdą. Za wywieszenie flagi Saharyjskiej, może grozić nawet więzienie. Ta historia ma swoją kontynuację każdego dnia Słowa złożone w zdania, których wielu nie przeczyta w całości. Które są długie, nudne, w najlepszym razie zbyt niedorzeczne, żeby móc się na nich skupić. To wszystko, od czego odwracamy wzrok z tak ogromną łatwością, jest codziennością tak wielu osób. Ludzi, którzy są tacy sami jak my, tak samo marzą, tak samo się boją, tak samo pragną lepszego życia, a czasami ich pragnienia kończą się na tym, co nieosiągalne. Na wolności. Zawsze porusza mnie nasza, polska historia. Ilekroć słucham o Powstańcach, myślę o wyzwaniach życia pod zaborami, przypominam sobie Katyń, czuję, że ciąży na mnie ogromny ciężar. Tak wiele osób przypłaciło swoim życiem to, że żyjemy w bezpiecznym kraju, że możemy swobodnie wyrażać nasze zdanie, że możemy mówić w języku polskim, że jesteśmy wolnymi ludźmi, niepodległym narodem. Dokładnie w tym momencie taką samą walkę toczy naród saharyjski. Część na wygnaniu, w obozach dla uchodźców pośrodku pustyni. Część pod okupacją, prowadząc życie ludzi drugiej kategorii. Saharyjczycy żyją w kraju, który nie jest ich własnym. Żyją pod zaborem marokańskim, każdego roku zmuszeni świętować rocznicę wkroczenia okupanta na ich ziemie. Nie ma wojny, nie ma też pokoju Przeczytałam gdzieś, że bez względu na to, po której stronie jest racja, obecna sytuacja pokoju jest o wiele lepsza od wojny. Zszokowały mnie te słowa, z tak ogromną łatwością napisane przez kogoś, kto zapewne nigdy na własne oczy nie widział, jak policja katuje młodego chłopaka, stającego w obronie matki. Kogoś, kto nigdy nie słuchał opowieści kobiet, które były gwałcone i molestowane przez policję. Nie, w Saharze Zachodniej nie ma wojny – jest zawieszenie broni. W Saharze Zachodniej nie ma też pokoju. Chyba że czyjekolwiek sumienie pozwala do definicji pokoju dodać także marginalizację, ograniczanie dostępu do edukacji, gwałty, pobicia, tortury i porwania. Bo tak właśnie wygląda codzienność wielu Saharyjczyków. Nie wiem jak i kiedy zmieniłam swoje nastawienie Przyleciałam do Maroka, założyłam bloga i zaczęłam na nim o tym Maroku opowiadać. Sahara Zachodnia była jedynie egzotyczną nazwą, a Saharyjczycy plemiennym ludem w nietypowych strojach. Z czasem zaczęłam jednak uciekać od odpowiadania na to najprostsze pytanie o kraj, w którym mieszkam. Nie potrafiłam wykrztusić słowa “Maroko”, nie wolno mi było powiedzieć “Sahara Zachodnia”. Jeżeli ktoś mnie zapyta o to, kiedy zmieniłam swoje nastawienie, nie będę umiała odpowiedzieć. Czy było to wtedy, gdy uświadomiłam sobie, że policji na zewnątrz jest znacznie więcej, niż nakazywałby rozsądek? Gdy po raz pierwszy zobaczyłam siły szybkiego reagowania? Gdy
Sfiha – Lahm bi Ajeen, czyli mini-pizza z mięsem mielonym

Przenosimy się do Lewantu, a to wszystko dzięki mojej cudownej, jordańskiej sąsiadce. Dzięki tej niepozornej kobiecie miałam okazję zasmakować fantastycznych, a równocześnie wyjątkowo nieskomplikowanych potraw, którymi regularnie się tutaj z Wami dzielę. Był już mankish zaatar, a w kolejce czekają następne pyszności. Mini-pizze z mięsem mielonym w lewancie znane są jako “Sfiha” bądź “Lahm bi Ajeen”. Jakkolwiek byśmy ich jednak nie nazwali, smakują wyśmienicie i są wyjątkowo sycące. Mają jednak dwie podstawowe wady. Po pierwsze, zawsze jest ich za mało, a po drugie, nie sposób kontrolować, jak dużo się ich zjada. Przepis na Sfiha – Lahm bi Ajeen Farsz: 500 g mięsa mielonego wołowego1 duża, czerwona cebula, drobno posiekana1 duży, dojrzały pomidor, drobno posiekany3/4 szklaki orzeszków piniowych3 łyżki melasy – syropu z granatów, do kupienia np. tutaj1 łyżeczka soku z cytryny lub octu1/2 szklanki drobno posiekanej natki pietruszki2 łyżeczki mieszanki siedmiu przypraw libańskichszczypta pieprzu cayenneOlej do smażenia Orzeszki piniowe prażymy na rozgrzanej patelni. Dodajemy odrobinę oleju i smażymy cebulę, aż się zeszkli. Mięso mielone dokładnie mieszamy ze wszystkimi pozostałymi składnikami, poza pomidorem. Smażymy na patelni z cebulą, cały czas mieszając, pod koniec smażenia dodajemy pokrojonego pomidora. Ciasto: Wersja dla leniwych: Idziemy do sklepu i kupujemy gotowe spody do pizzy lub mrożone ciasto do pizzy. Wersja dla ambitnych:6 szklanek mąki10 g drożdży instant2 i 1/4 szklanki wody1 łyżeczka cukru1 i 1/4 łyżeczki soli4 łyżki oliwy z oliwek Podgrzej wodę, tak aby była lekko ciepła, dodaj cukier i wymieszaj aż do rozpuszczenia. Następnie dodaj drożdże, wymieszaj i odstaw na około 10 min, aż wyrosną. Dodaj przesianą mąkę oraz sól, oliwę z oliwek i wyrabiaj przez około 10 min – ciasto powinno być gładkie i elastyczne. Uformuj kulę i umieść w misce posmarowanej oliwą z oliwek. Przykryj ściereczką i odstaw w ciepłe miejsce na około pół godziny. Po wyrośnięciu uderz ciasto pięścią i krótko wyrabiaj, następnie podziel na równe części, uformuj każdą w kulkę, odstaw na około 15 min. Wykonanie: Na posypanej mąką stolnicy rozwałkuj każdą kulkę i rozprowadź farsz, pozostawiając odrobinę wolnego brzegu. Dużą blachę wyłóż papierem do pieczenia, piecz w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni przez około 8 min, aż do uzyskania lekko brązowego koloru.
To jest Fifi, zabili jej ojca i brata

Umawiamy się na lunch. To nasze drugie spotkanie, którego nie mogę się doczekać. Tak długo czułam się osamotniona i w końcu udało mi się nawiązać znajomość z koleżankami z pracy męża. Spotykamy się w domu Marthy. Jej mieszkanie znajduje się na tyłach kościoła, prowadzonego przez hiszpańskiego księdza. Po przekroczeniu bramy mam wrażenie, że przenoszę się do innego świata. Cicho, schludnie, przepiękne mieszkania, które wynająć mogą jedynie chrześcijanie lub dobrze kamuflujący się ateiści. Dziewczyny, z którymi się spotykam, to również chrześcijanki. Rwandyjka Pauline należała niegdyś do Kościoła katolickiego, a teraz jest „Born Again Christian”, Martha o wierze wiele nie mówi. Dołącza do nas także Kenijka Lydia, która również nie sprawia wrażenia osoby skupionej na religii. Zanim zasiądziemy do obiadu Pauline inicjuje modlitwę. Pyta mnie, jedyną nie-chrześcijankę, czy nie będzie mi przeszkadzało, jeżeli się pomodlą? Nie widzę powodu, dla którego miałoby to być jakimkolwiek problemem. Trzymając się za ręce, dziękują za posiłek i proszą Boga o błogosławieństwo. Jestem pod wrażeniem, bo takie obrazki, nawet w mojej mocno wierzącej rodzinie, widywałam tylko przy okazji świąt. Historie naszego życia Po obiedzie rozkładamy się na kanapie i decydujemy, że każda z nas powie coś o sobie – zaczynamy ode mnie. Opowiadam, jak to niecały rok temu wyszłam za mąż, o przeprowadzce do Afryki, o pracy, studiach, jednych, drugich, trzecich i czwartych. Mówię o tym, jak ciężko było się przestawić na nowy tryb życia, jak uderzyła mnie bieda i jak tęsknię za Polską. Lydia opowiada o wyjeździe z Kenii, o przeprowadzce do Wielkiej Brytanii, studiach, mężu Brytyjczyku i o tym, jak jego rodzina nie do końca chce ją zaakceptować. Historia, którą znałam jedynie z książek Nie pamiętam, od czego zaczęła Pauline. Pamiętam jedynie pojedyncze zdania, które wryły mi się w umysł i grobową ciszę, gdy słuchałyśmy jej opowieści. Zastanawiam się, jak opowiedzieć jej historię, w której znacznie więcej jest emocji, łez i strachu niż samych słów. Jak słowami oddać jej pusty wzrok, gdy powoli, z uwagą wypowiadała kolejne słowa. Jakby opowiadanie o swoich przeżyciach równocześnie sprawiało jej ból i przynosiło ulgę. Jakby doskonale wiedziała, że ta historia jest zbyt ważna, by egoistycznie zatrzymać ją dla siebie. „Ze strony matki zabili mi 48 osób… Ze strony ojca jeszcze więcej…” Zastanawiam się, czy dobrze słyszę, zaczyna dzwonić mi w uszach. To w sumie ponad 100, ale jak wiele ponad 100? Skupiam się na okrągłej setce i zastanawiam się, ile to jest, wyrażone w osobach. Liczę członków mojej rodziny, ale nie jest ich aż tak wielu. W końcu znajduję punkt odniesienia. Klasy w gimnazjum były 24-osobowe. To tak, jakby zmieciono z powierzchni ziemi uczniów więcej niż 4 klas. Wyobraźnia mnie zawodzi i nie potrafię uzmysłowić sobie ogromu dramatu. 100 osób, 4 klasy. Jak mam o tym myśleć, żeby zrobiło to odpowiednie wrażenie? Mam sobie wyobrazić krzyki uczniów 4 klas? Mam sobie wyobrazić szkolny korytarz usłany ich ciałami? A może spróbować sobie wyobrazić, ile to jest 500 litrów krwi? Nie jestem pewna czy słucham, czy rzeczywiście słyszę. Moje myśli uciekają od ociekających krwią słów. Nie wiem, gdzie podziać wzrok, nie wiem, co ze sobą zrobić. Oczy wypełniają łzy i zastanawiam się jak to możliwe, że z takim spokojem można opowiadać o rzezi, której się doświadczyło. Kiedy liczby przybierają ludzką postać Czy język polski nie zawiedzie mnie, teraz gdy próbuję o tym pisać? Czy w ogóle powinnam o tym pisać, może temat jest zbyt ciężki na bloga? Co ja w ogóle wiem o Rwandzie? Że istnieje? Że w jakiś sposób ma związek z Burundi? Że Afryka i ludobójstwo? Przecież oni ciągle się wyżynają w tamtej części świata, to przestaje robić wrażenie i staje się kolejnym newsem w mediach, z czasem po prostu kartą historii. Poznaję tych wszystkich ludzi z Sahary Zachodniej, Liberii, Rwandy i Etiopii. Ich historia zaczyna mieć znaczenie. To już nie setki i tysiące torturowanych, zabitych, przesiedlonych, wygnanych. To już nie liczby – nagle przestają być anonimową masą, a stają się żywymi osobami z marzeniami, ambicjami i planami. Tak samo widzą, czują i słyszą, tak samo łakną miłości i pragną bezpieczeństwa. Pamiętam też, że powiedziała: “Podzieliliśmy się na trzy grupy, bo w ten sposób mieliśmy większe szanse na przeżycie.” Niepozorne zdane, za którym kryje się tak wiele. Zdanie, którego wysłuchanie zajmuje nam ledwie kilka sekund, które momentalnie umyka, a w którym wybrzmiewa tak ogromna tragedia. Ilekroć je sobie przypominam, chce mi się wyć. Wyobrażam sobie terror, bo już nawet nie strach. Wyobrażam sobie potworny moment rozstania, ostatnie szybkie pożegnania, ogrom bólu. Zastanawiam się, jakie myśli musiały poprzedzić tę decyzję. Z jakim trudem żegna się bliskich, wiedząc, że najpewniej już nigdy się ich nie zobaczy, a równocześnie mając tę beznadziejną nadzieję, że może jednak… Z tych trzech grup przeżyła tylko jedna. Osiemset tysięcy martwych ciał W 1994 roku Rwandę zamieszkiwało nieco ponad 6 milionów osób.1 W czasie trwającego 3 miesiące ludobójstwa, zabito niemal milion ludzi, różne źródła podają najczęściej liczby zbliżone do 800 tysięcy.2 8 tysięcy morderstw każdego dnia. A wszystko to na powierzchni nieco mniejszej niż województwo wielkopolskie.3 Warszawa na koniec 2015 roku liczyła 1 744 351 osób. 800 800 mężczyzn i 943 551 kobiet. To tak jakby zabić wszystkie kobiety. Albo cały Kraków – 761 069 osób i jeszcze okoliczne wsie. Ewentualnie niemal cały Gdańsk (462 249) i Szczecin (405 657). Katowice, Białystok i Gdynia razem to nieco ponad 800 tysięcy osób4. Województwo opolskie liczy 996 011 osób5– to tak, jakby zamordować niemal wszystkich jego mieszkańców. Nie wszystkich na raz. Jednego po drugim, a pozostałym kazać na to patrzeć. 1994 rok – miałam wtedy 4 lata, pamiętam, że właśnie tego roku na urodziny dostałam wymarzoną lalkę – niemowlaka. Zastanawiam się, co mogłam robić w kwietniu, kiedy bliscy Pauline decydowali się podzielić na 3 grupy. Co robiłam dokładnie w tym samym momencie, gdy zabijano jej ojca? Spałam, przykryta moją ulubioną kołderką w sarenki? Bawiłam się klockami, rysowałam? Czy usłyszałam gdzieś przyciszone rozmowy dorosłych, w których wspominano o horrorze w Rwandzie, ale pewnie zaraz zmieniano temat? Znów łapię się na tym, że „zabijano” nie jest właściwym słowem. Czy jakiekolwiek słowo jest adekwatne? Czy jakiekolwiek słowo jest w stanie wyrazić pustkę, która ustąpiła
Jak zrozumieć osobę pochodzącą z innej kultury?

Fakt, że oceniamy obce nam kultury, przez pryzmat naszych doświadczeń i poglądów, sprawia, że nigdy nie będziemy w stanie dojść do porozumienia, zrozumieć i zaakceptować inności To, co dla nas naturalne, dla innych jest dziwaczne. To co dla innych jest oczywistością, dla nas jest nie do pomyślenia. W takim układzie zderzymy się ze ścianą za każdym razem, gdy próbujemy zgłębić niuanse innych narodowości. Pewne kwestie są nieporównywalne – są po prostu diametralnie inne i musimy się nauczyć ich nie wartościować i nie oceniać. W przeciwnym razie utkniemy w pełnym niesmaku zdziwieniu, odnośnie tego, “jak tak można”. Jak można jeść wielbłądy, jak można pić alkohol, jak można akceptować to, że mężczyźni spędzają czas osobno, a kobiety osobno? Jak można jeść rękami, jak można opalać się topless albo kąpać w burkini? I tak do znudzenia. Różnice kulturowe nie są powierzchowne. To nie tylko inny ubiór, inne gesty, czy szeroko pojęte zachowania. To także różnica w postrzeganiu świata – ani lepsza, ani gorsza, tylko zwyczajnie inna. Trudno jest nie mierzyć świata innych społeczeństw naszą polską, czy też europejską miarą, bo to jedyna perspektywa, jaka jest dla nas naturalna. W taki sposób nie uda nam się jednak nigdy zrozumieć motywów postępowania osób pochodzących z innej kultury. Może jednak wcale nie musimy rozumieć motywów? Być może w zupełności wystarczy zrozumienie tego, że mamy prawo się różnić, tak w kwestiach istotnych, jak i w kwestiach błahych. Czasami wartościujemy świat, który jest nam nieznany, a który jest czyjąś codziennością. To właśnie my dochodzimy do wniosku, że to, co jest dramatem dla nas, z pewnością jest też dramatem dla kogoś innego. Mając do czynienia z ludźmi z różnych kultur, zdarzają się sytuacje, kiedy musimy odsunąć na bok to, co znamy Czasami z niemałym trudem, musimy zmusić się do tego, by przestać myśleć, że to, co uważamy za słuszne, jest jedynie słuszne. To wyzwalające i budujące równocześnie. Wyzwalające z okowów negatywności i budujące piękne relacje z tymi, z którymi nie spodziewaliśmy się nawiązać nici porozumienia. Odkąd pamiętam, jestem bardzo niezależną osobą, co zapewne odbiło się czkawką moim rodzicom. Samotność to mój żywioł, uwielbiam sama przesiadywać na plaży, sama spacerować. Częścią mojej kultury jest szeroko pojęta swoboda i prawo do samotności w każdym względzie. Zupełnie naturalnym jest dla nas to, że dorośli ludzie są niezależni i nie potrzebują obstawy. Zupełnie naturalnie zbuntowałam się całą sobą na wieść, że moja 29-letnia koleżanka, jadąc do Marrakeszu, musi zabrać ze sobą mamę. To musi, jest moim wymysłem, dodałam to słowo sama z siebie, bo tak właśnie czuję. Dla mnie byłby to przymus, stanowiłoby to ograniczenie mojej swobody. A dla niej? Dla niej to najbardziej naturalna rzecz na świecie, której to ja nadałam negatywny wydźwięk. Dla niej to właśnie każdy samotny wyjazd wynika z przymusu i jest powodem smutku. Ciekawi Was jak różna była nasza perspektywa w kontekście tak banalnej kwestii, jaką są podróże? Miałyśmy spory ubaw, mówiąc wprost o swoich wrażeniach i odkrywając ze zdumieniem, w jak różny sposób traktujemy te same kwestie. Ciągle nie możemy się sobie wzajemnie nadziwić, ciągle zastanawiamy się jak tak można, ale co najważniejsze, zwyczajnie akceptujemy podejście drugiej osoby. To takie proste i tak trudne zarazem. Wyjeżdżam sama, bajka. Błogi spokój, kojąca samotność i pełna swoboda. OMG ma 29 lat i jedzie z MAMĄ?! Dramat, zero swobody, strasznie jej współczuję. Muszą ją strasznie krótko trzymać, skoro nie może sama pojechać. Widzę, że robi dobrą minę do złej gry i zachowuje się jakby nigdy nic. Dziwne, że taka niezależna kobieta, a musi mieć towarzystwo w podróży. Chciałam ją poprosić, żeby przywiozła mi parę rzeczy, ale przecież nie będę jej zawracać głowy, gdy nie jest sama. Przykre to, w ogóle nie skorzysta z tego wyjazdu, nie będzie mogła pójść gdzie i kiedy jej wygodnie. Straszna udręka. Nawet do lekarza mama pójdzie razem z nią? Zero prywatności, zero swobody. Biedna, musi się czuć okropnie. Ona tak na poważnie, że jej to nie przeszkadza?! Wyjeżdżam z mamą, bajka. Będę miała towarzystwo i nie będę się czuła samotna. OMG ma męża i jedzie SAMA? Dramat, musi być jej przykro, że mąż z nią nie jedzie. Może mają jakieś problemy, skoro jedzie sama. Widzę, że robi dobrą minę do złej gry i zachowuje się jakby nigdy nic. Dziwne, że takie zgrane małżeństwo, a jednak musi podróżować sama. Chciałam ją poprosić, żeby przywiozła mi parę rzeczy, ale przecież nie będę jej zawracać głowy, gdy jest sama. Przykre to, że będzie musiała wszystko robić sama, pewnie nawet niespecjalnie będzie miała na cokolwiek ochotę. Nawet do lekarza musi iść sama? Zero troski, zero wsparcia i pomocy. Biedna, musi się czuć okropnie. Ona tak na poważnie, że jej to nie przeszkadza?! To, że my mamy rację, nie znaczy, że inni się mylą. Zwyczajnie, nie mieliśmy szansy zobaczyć świata z ich perspektywy Czy mogłabym próbować przekonać ją o tym, że moja prawda jest prawdziwsza? Że jej kultura narzuca jej ograniczenia? Pewnie, że tak. Dla niej jednak to jej prawda jest prawdziwsza. Zbuntowałabym się od razu, gdyby próbowała mi wmówić, że powinnam wszędzie podróżować z mężem. Ona zbuntowałaby się, gdybym próbowała ją przekonać do tego, żeby podróżowała sama. Mogłybyśmy się sprzeczać w nieskończoność, a zamiast tego zwyczajnie szanujemy naszą odmienność.
Czy on jest wizowcem?

Najczęściej przewijającym się wątkiem w wiadomościach, które dostaję, jest kwestia intencji potencjalnego ukochanego z kraju arabskiego Skrzynka odbiorcza na Facebooku i Instagramie, a także email pękają w szwach. “Czy on jest wizowcem?”, “Wydaje mi się, że jest w porządku, ale jednak mam wątpliwości, wszystko dzieje się tak szybko, może jemu po prostu chodzi o wizę?”, “Jak rozpoznać, czy on jest wizowcem?”, “Skąd mam mieć pewność, że jemu nie chodzi tylko o wizę?” i tak w nieskończoność. Kiedyś pisałam już o tym, jak uchronić się przed arabskim wizowcem, ale często chcecie wiedzieć więcej. Od pewnego czasu zwyczajnie nie angażuję się już w takie dyskusje. Raz, że nie chcę brać najmniejszej nawet cząstki odpowiedzialności za udzielanie rad, a dwa, powiedzmy sobie szczerze – wiele osób pisze, chcąc usłyszeć, że nie, możesz być spokojna, to faktycznie miłość. Jeżeli masz jakiekolwiek wątpliwości, jeżeli cokolwiek wzbudza Twoje podejrzenia bądź pewna, że tak, masz do czynienia z mężczyzną, któremu zależy na przepustce do Europy W tym tekście znajdziecie więcej pytań, niż odpowiedzi. Żaden ze mnie specjalista, ale głęboko wierzę, że w określonych sytuacjach należy poddawać intencje niektórych osób w wątpliwość. Czasami trzeba wziąć głęboki oddech, zrobić krok do tyłu i spojrzeć na sytuację na chłodno – nie z braku zaufania do ukochanego, a ze zwyczajnej troski o samą siebie. Konsekwencje zaangażowania się w związek z osobą, której zależy jedynie na dostaniu się do Europy, są straszne i wystarczy pobieżnie przeczytać posty na facebookowych grupach dotyczących związków z obcokrajowcami, aby się o tym przekonać. Począwszy od zrujnowanego zaufania do całego świata, gdy prawda wyjdzie już na jaw, przez zwyczajny wstyd, że komuś udało się tak nas wmanipulować, a skończywszy na potencjalnych problemach prawnych i finansowych. Zazwyczaj zaczyna się tak samo Historia jakich wiele. Wiadomość na facebooku – czasami nawet niezbyt elokwentna, ot wystarczy bukiet kwiatów w formie emotikonu, ale kusi, żeby odpisać. Egzotyka lubi przyciągać. Zadaj sobie w tym momencie kilka pytań. Jak to się stało, że napisał właśnie do Ciebie? Macie wspólnych znajomych, należycie do tej samej grupy, może coś Was łączy? Dlaczego właściwie napisał? Jaki jest cel takich rozmów? I wreszczie – czy jesteś pewna, że jesteś jedyną, do której wysłał wiadomość i z którą pozostaje w kontakcie? Czasami zaczyna się podczas wakacji. Urlop, palmy, nowe otoczenie i pełna radości atmosfera sprawiają, że łatwiej nawiązuje się znajomości. Przystojny ratownik, kelner, czy animator zaczynają poświęcać Ci szczególną uwagę i zupełnie naturalnie czujesz się podekscytowana. Po powrocie do szarej rzeczywistości letni romans przenosi się do internetu i staje się coraz bardziej dynamiczny, bo napędzany tęsknotą. Znacie się i czymś zupełnie oczywistym zdaje się dążenie do bycia razem. Nie pozwól tylko, żeby ten prosty fakt, że spotkaliście się twarzą w twarz, wyłączył Twoją czujność. Identycznie, jak w przypadku znajomości, chociażby z rodakami, gdzie jedno spotkanie nie znaczyłoby zbyt wiele. W kontaktach internetowych nie ma miejsca na nic, poza zaufaniem A to bardzo wygodne. Nie jesteś w stanie zweryfikować praktycznie żadnej informacji, którą od niego uzyskujesz – ale to nie szkodzi, przecież potrafi zapewnić Cię o wszystkim i ukoić każde wątpliwości. Na każde Twoje “ale” znajduje się odpowiedź, która wydaje się dość rozsądna, szczególnie gdy nie znasz realiów miejsca, z którego habibi pochodzi. Jeżeli podzieliłaś się z kimś swoimi troskami, wysłałaś wiadomość do mnie czy kogokolwiek innego jest cień nadziei, że nie dasz się nabrać. Że zauroczenie nie zawładnęło całą Tobą i przeczuwasz, że coś jest nie tak. Dlaczego zapominasz o sobie? Zawsze jedno niepokoi mnie w wiadomościach, które czytam – dlaczego tak bardzo skupiasz się na nim? Czy Ty sama się nie liczysz? Czy to normalne, że on mi się oświadczył przez internet? Czy tak tam jest, że ślub się bierze na pierwszym spotkaniu? Czy dla nich różnica wieku nie stanowi problemu? A dla Ciebie? Czy dla Ciebie jest to normalne? Czy uważasz to za rozsądne, właściwe? Czy wzięłabyś ślub na pierwszym spotkaniu z poznanym przez internet rodakiem? Czy wierzysz w to, że możliwa jest miłość pomiędzy mężczyzną i kobietą czasami niemal dwukrotnie od niego starszą? Czy on identycznie skupia się na tym, co dla Ciebie jest normalne? Czy on też zastanawia się nad dzielącymi Was różnicami kulturowymi i stara się pójść w tym zakresie na kompromis? Czy wykazuje zrozumienie, że być może w Twojej kulturze pewne kwestie wyglądają inaczej? Nie, różnice kulturowe nie mają tutaj najmniejszego znaczenia Nie obniżaj standardów, tylko dlatego, że to egzotyczny habibi. Nie próbuj przekonać samej siebie, że czarne jest białe i wszystko wynika z różnic kulturowych, których często nie potrafisz nawet nazwać. Jeżeli wierzysz w to, że 25-letni chłopak o urodzie Adonisa interesuje się zupełnie przeciętną kobietą w średnim wieku z powodu wielkiej miłości i jej charakteru, to moje serdeczne gratulacje dla Twojego partnera. Jest przebiegłym manipulatorem, który doskonale wie, co chcesz usłyszeć. Czy aby na pewno podchodzisz do tego realistycznie, wierząc, że jakikolwiek 25-letni chłopak z radością zechce być ojczymem dla Twojego 20-letniego syna? Czy w Polsce zdecydowałabyś się na flirt z przystojnym studentem? Uważasz, że dla jego otoczenia taka relacja w formie innej niż przelotny romans byłaby możliwa do zaakceptowania? I w końcu – czy w Polsce potraktowałabyś poważnie faceta, który nieustannie biadoli, że nie może znaleźć pracy, bo sytuacja jest trudna? A gdy praca się znajdzie, zawsze jest jakieś “ale”. Bo słabo płatna. Bo szef się uwziął. Bo ciężka. Bo godziny nie takie. Bo nie ma kiedy wyskoczyć z kolegami do kawiarni. A przecież w Europie byłoby zupełnie inaczej, prawda? Tam ciężka praca nie stanowi problemu, czas pracy jest jak najbardziej do zaakceptowania i wszystko da się pogodzić. Byleby tylko w Europie, a nie w Tunezji, Algierii, Maroku czy Egipcie. Zwróciłyście uwagę, że jakimś sposobem mężczyźni z Zatoki Perskiej – w końcu też Arabowie, nie zakochują się na potęgę w Polkach? Sama bierzesz odpowiedzialność za swoje decyzje i bez względu na to, kto i co Ci doradzi, sama będziesz musiała zmierzyć się z konsekwencjami Jeżeli jesteś w stanie uwierzyć we wszystko, czym karmi Cię drogi habibi, jeżeli odpowiedziałaś twierdząco na powyższe pytania, pozostaje mi życzyć Ci powodzenia i trzymać kciuki za to, że wszystko się dobrze ułoży. Nie każdy
Wołowina w sosie z bakłażanem i ciecierzycą po marokańsku

Gdy po raz pierwszy poczułam zapach tajine z wołowiną i bakłażanem, od razu wiedziałam, że będzie to strzał w dziesiątkę – a musicie wiedzieć, że za bakłażanami nie przepadam. Bogaty smak, sycące, pełne przypraw i przepysznego sosu. Kilka łatwo dostępnych składników i Wasz dom wypełni się zapachami kuchni marokańskiej. Nie mam w domu tajine – ba, nie mam nawet kuchenki gazowej, na której mogłabym je postawić, stąd wersja z naczyniem żaroodpornym i piekarnikiem. Cenię sobie prostotę, szczególnie w kuchni i zawsze staram się ułatwiać sobie życie tak bardzo, jak tylko to możliwe. Przygotowanie mięsa w tym wydaniu zajmuje około 1,5 godziny, jednak większość z tego czasu spędza ono w piekarniku. To przepyszne danie, które zrobi świetne wrażenie na Waszych domownikach i gościach. Składniki 400 g mięsa wołowego (wykorzystałam polędwicę pokrojoną na małe kawałki)1/2 szklanki suchej ciecierzycy 1 słoik (400 g) ulubionego sosu pomidorowego1 duża cebula2 ząbki czosnku1 łyżeczka kuminu1 łyżeczka ostrej papryki1 łyżeczka zmielonego imbiru1 łyżeczka pasty harissa (opcjonalnie)2 łyżki oliwy z oliwek1 duży bakłażansólpieprzolej do smażenia Dzień wcześniej Ciecierzycę wsypujemy do miski i zalewamy wodą do całkowitego przykrycia. Odstawiamy na kilkanaście godzin, aż ciecierzyca zwiększy swoją objętość. Wykonanie: Namoczoną wcześniej ciecierzycę odcedzamy, przepłukujemy i ponownie zalewamy wodą. Gotujemy do miękkości, kiedy będzie można ją rozgnieść w palcach. Zajmie to około 1-1,5 godziny. Piekarnik rozgrzewamy do 200 C. Do posmarowanego oliwą naczynia żaroodpornego wykładamy doprawione solą i pieprzem mięso oraz drobno posiekaną cebulę i przeciśnięty przez praskę czosnek. Naczynie przykrywamy lub ściśle owijamy folią aluminiową i wkładamy do piekarnika na około 15-20 minut, aż mięso puści soki. W międzyczasie kroimy bakłażan na cienkie plasterki i posypujemy solą. Smażymy z obu stron na rozgrzanej patelni, aż do uzyskania lekko brązowego koloru. Odkładamy na bok – usmażony bakłażan będzie potrzebny dopiero na sam koniec. Wyjmujemy naczynie z piekarnika, dodajemy przyprawy oraz sos pomidorowy. Przykrywamy, wkładamy do piekarnika na około 40 minut. Po tym czasie wykładamy na wierzch ciecierzycę i bakłażan, zapiekamy przez kolejne 10 minut i gotowe! Smacznego!