Refleksje

Jak zrozumieć osobę pochodzącą z innej kultury?

Fakt, że oceniamy obce nam kultury, przez pryzmat naszych doświadczeń i poglądów, sprawia, że nigdy nie będziemy w stanie dojść do porozumienia, zrozumieć i zaakceptować inności

To, co dla nas naturalne, dla innych jest dziwaczne. To co dla innych jest oczywistością, dla nas jest nie do pomyślenia. W takim układzie zderzymy się ze ścianą za każdym razem, gdy próbujemy zgłębić niuanse innych narodowości.

Pewne kwestie są nieporównywalne – są po prostu diametralnie inne i musimy się nauczyć ich nie wartościować i nie oceniać. W przeciwnym razie utkniemy w pełnym niesmaku zdziwieniu, odnośnie tego, “jak tak można”.

Jak można jeść wielbłądy, jak można pić alkohol, jak można akceptować to, że mężczyźni spędzają czas osobno, a kobiety osobno? Jak można jeść rękami, jak można opalać się topless albo kąpać w burkini? I tak do znudzenia.

Różnice kulturowe nie są powierzchowne. To nie tylko inny ubiór, inne gesty, czy szeroko pojęte zachowania. To także różnica w postrzeganiu świata – ani lepsza, ani gorsza, tylko zwyczajnie inna. Trudno jest nie mierzyć świata innych społeczeństw naszą polską, czy też europejską miarą, bo to jedyna perspektywa, jaka jest dla nas naturalna. W taki sposób nie uda nam się jednak nigdy zrozumieć motywów postępowania osób pochodzących z innej kultury.

Może jednak wcale nie musimy rozumieć motywów? Być może w zupełności wystarczy zrozumienie tego, że mamy prawo się różnić, tak w kwestiach istotnych, jak i w kwestiach błahych. Czasami wartościujemy świat, który jest nam nieznany, a który jest czyjąś codziennością.  To właśnie my dochodzimy do wniosku, że to, co jest dramatem dla nas, z pewnością jest też dramatem dla kogoś innego.

Mając do czynienia z ludźmi z różnych kultur, zdarzają się sytuacje, kiedy musimy odsunąć na bok to, co znamy

Czasami z niemałym trudem, musimy zmusić się do tego, by przestać myśleć, że to, co uważamy za słuszne, jest jedynie słuszne. To wyzwalające i budujące równocześnie. Wyzwalające z okowów negatywności i budujące piękne relacje z tymi, z którymi nie spodziewaliśmy się nawiązać nici porozumienia.

Odkąd pamiętam, jestem bardzo niezależną osobą, co zapewne odbiło się czkawką moim rodzicom. Samotność to mój żywioł, uwielbiam sama przesiadywać na plaży, sama spacerować. Częścią mojej kultury jest szeroko pojęta swoboda i prawo do samotności w każdym względzie.

Zupełnie naturalnym jest dla nas to, że dorośli ludzie są niezależni i nie potrzebują obstawy. Zupełnie naturalnie zbuntowałam się całą sobą na wieść, że moja 29-letnia koleżanka, jadąc do Marrakeszu, musi zabrać ze sobą mamę. To musi, jest moim wymysłem, dodałam to słowo sama z siebie, bo tak właśnie czuję. Dla mnie byłby to przymus, stanowiłoby to ograniczenie mojej swobody. A dla niej? Dla niej to najbardziej naturalna rzecz na świecie, której to ja nadałam negatywny wydźwięk. Dla niej to właśnie każdy samotny wyjazd wynika z przymusu i jest powodem smutku.

Ciekawi Was jak różna była nasza perspektywa w kontekście tak banalnej kwestii, jaką są podróże?

Miałyśmy spory ubaw, mówiąc wprost o swoich wrażeniach i odkrywając ze zdumieniem, w jak różny sposób traktujemy te same kwestie. Ciągle nie możemy się sobie wzajemnie nadziwić, ciągle zastanawiamy się jak tak można, ale co najważniejsze, zwyczajnie akceptujemy podejście drugiej osoby. To takie proste i tak trudne zarazem.

 

Wyjeżdżam sama, bajka. Błogi spokój, kojąca samotność i pełna swoboda.

OMG ma 29 lat i jedzie z MAMĄ?!

Dramat, zero swobody, strasznie jej współczuję.

Muszą ją strasznie krótko trzymać, skoro nie może sama pojechać.

Widzę, że robi dobrą minę do złej gry i zachowuje się jakby nigdy nic.

Dziwne, że taka niezależna kobieta, a musi mieć towarzystwo w podróży.

Chciałam ją poprosić, żeby przywiozła mi parę rzeczy, ale przecież nie będę jej zawracać głowy, gdy nie jest sama.

Przykre to, w ogóle nie skorzysta z tego wyjazdu, nie będzie mogła pójść gdzie i kiedy jej wygodnie. Straszna udręka.

Nawet do lekarza mama pójdzie razem z nią? Zero prywatności, zero swobody. Biedna, musi się czuć okropnie.

Ona tak na poważnie, że jej to nie przeszkadza?!

Wyjeżdżam z mamą, bajka. Będę miała towarzystwo i nie będę się czuła samotna.

OMG ma męża i jedzie SAMA?

Dramat, musi być jej przykro, że mąż z nią nie jedzie.

Może mają jakieś problemy, skoro jedzie sama.

Widzę, że robi dobrą minę do złej gry i zachowuje się jakby nigdy nic.

Dziwne, że takie zgrane małżeństwo, a jednak musi podróżować sama.

Chciałam ją poprosić, żeby przywiozła mi parę rzeczy, ale przecież nie będę jej zawracać głowy, gdy jest sama.

Przykre to, że będzie musiała wszystko robić sama, pewnie nawet niespecjalnie będzie miała na cokolwiek ochotę.

Nawet do lekarza musi iść sama? Zero troski, zero wsparcia i pomocy. Biedna, musi się czuć okropnie.

Ona tak na poważnie, że jej to nie przeszkadza?!

To, że my mamy rację, nie znaczy, że inni się mylą. Zwyczajnie, nie mieliśmy szansy zobaczyć świata z ich perspektywy

Czy mogłabym próbować przekonać ją o tym, że moja prawda jest prawdziwsza? Że jej kultura narzuca jej ograniczenia? Pewnie, że tak. Dla niej jednak to jej prawda jest prawdziwsza. Zbuntowałabym się od razu, gdyby próbowała mi wmówić, że powinnam wszędzie podróżować z mężem. Ona zbuntowałaby się, gdybym próbowała ją przekonać do tego, żeby podróżowała sama. Mogłybyśmy się sprzeczać w nieskończoność, a zamiast tego zwyczajnie szanujemy naszą odmienność.

Inna perspektywa