Zupa krem z soczewicy z warzywami

zupa krem z soczewicy

Zupa z soczewicy jest niezwykle popularna w krajach arabskich. Stanowi ona jedno z podstawowych dań, które każda szanująca się pani domu potrafi wykonać perfekcyjnie. W mnie w domu gotowanie odbywa się zazwyczaj po “zachodniemu” – dominuje kuchnia włoska i polska ale czasami się lituję i postanawiam przygotować coś bliższego sercu męża. Zupa krem z soczewicy to jedno z tych dań typowych dla regionu, które wprost uwielbiam. Wersji jest bez liku i różnią się zależnie od kraju, a każda pani domu przygotowuje ją nieco inaczej. Zazwyczaj polegałam na wersjach restauracyjnych, ale jak się okazuje, przygotowanie wcale nie jest takie trudne. Miejcie na uwadze, że absolutnie nie jest to przepis na tradycyjną bliskowschodnią zupę, a raczej wariacja na jej temat, inspirowana kilkoma różnymi przepisami znalezionymi w internecie. Jeżeli lubicie paprykę, zdecydowanie Wam posmakuje, bo jej aromat jest tutaj mocno wyczuwalny. Z poniższego przepisu wyszedł mi pełen garnek (ok 2 litry), więc przy mniejszej liczbie osób możecie spokojnie podzielić składniki przez pół – szczególnie, że danie to, podawane zazwyczaj z chlebem, jest niezwykle sycące. Przepis na zupę krem z soczewicy Składniki: 1 litr bulionu warzywnego (wersja dla leniwych – kostki rosołowe/warzywne) 2 szklanki zielonej soczewicy 2 małe cukinie (obrane) 2 czerwone papryki 1 marchewka (obrana) 4 pomidory 3 łyżki octu 3 łyżki oliwy z oliwek 2 łyżki przecieru pomidorowego Sól i pieprz Cytryna – ile kto lubi Przygotowanie: Cukinię i paprykę i marchewkę kroimy, wrzucamy do naczynia żaroodpornego, mieszamy z oliwą z oliwek i octem, posypujemy solą i pieprzem. Pomidory kroimy na pół, posypujemy solą i pieprzem, układamy na blaszce, całość pieczemy w temperaturze 200 stopni, przez około 20 min. W międzyczasie przygotowujemy bulion, dodajemy soczewicę i przecier pomidorowy, gotujemy pod przykryciem na małym ogniu. Dodajemy upieczone warzywa z naczynia żaroodpornego, mieszamy. Gdy pomidory lekko przestygną, obieramy je ze skórki i również dodajemy do bulionu. Całość gotujemy przez około 10 min, po tym czasie blendujemy na gładką masę, doprawiamy do smaku i voilà – zupa gotowa 🙂 Podajemy z cytryną i z chlebem – jest tak gęsta, że łyżka okazała się zupełnie zbędna 😉 Smacznego!      

Manakish za’atar – jordańskie mini-pizze z aromatycznymi przyprawami

Mankish Zaatar

Manakish zatar to bardzo popularny w krajach Lewantu chlebek z ziołową pastą. Serwowany najczęściej w postaci mini-pizzy, manakish zatar robi swoim wyjątkowym smakiem furorę zawsze, gdy podaję go gościom. Pełen ziaren sezamu, oliwy z oliwek i sumaku, który nadaje mu charakterystycznego, kwaskowatego posmaku, zatar jest niepowtarzalny. Manakish zaatar jest niezwykle prosty w wykonaniu i świetnie sprawdzi się na niezobowiązujące spotkanie ze znajomymi, na którym chcemy zaserwować coś prostego i sycącego z nutą egzotyki. Jeżeli zaintrygowała Cię kuchnia Lewantu, spróbuj też Fatayer Sabanekh, czyli jordańskie drożdżówki ze szpinakiemSfiha – Lahm bi Ajeen, czyli mini-pizza z mięsem mielonym Czym właściwie jest zatar? Zatar, to zarówno nazwa zioła, jak i mieszaniny ziół i przypraw. Wykorzystuje się go jako przyprawę do mięs, czy sałatek, a nawet można dodać go do hummusu (przepis na hummus znajdziesz tutaj). W wielu regionach zatar jedzony jest razem z serkiem lebneh (możecie zrobić go w domu, niezawodna Lady Kitchen tłumaczy jak), oliwą z oliwek i chlebem na śniadanie. Mieszankę zatar można bez problemu kupić na targach z przyprawami w Turcji i w wielu krajach arabskich. W Polsce bywa dostępna w działach z przyprawami, jednak pakowana w bardzo niewielkich ilościach. Online zatar można dostać np. w arabskie.pl. Jeśli nie uda Wam się znaleźć zataru w sklepie, możecie zrobić go samodzielnie. Za’atar – przepis: Składniki: 1/2 szklanki oliwy z oliwek 1/4 szklanki sumaku (online do kupienia np. tutaj) 3 łyżki suszonego tymianku 3 łyżki suszonego oregano 2 łyżki sezamu 1 łyżeczka kuminu 1 łyżeczka soli Opcjonalnie kolendra do smaku Upraż sezam – wsyp go na suchą, rozgrzaną patelnię i mieszaj aż się przyrumieni Wymieszaj wszystkie składniki w miseczce Twój zatar jest gotowy! Przepis na mini-pizze Manakish Za’atar Składniki: 300 ml wody 1 łyżeczka cukru 2,5 łyżeczki suchych drożdży 3 szklanki (ok. 400g) mąki pszennej 1 łyżeczka soli 2 łyżki oliwy z oliwek (do ciasta) ok. 1/2 szklanki przyprawy zatar ok. 1/3 szklanki oliwy (do wymieszania z zatarem) Manakish za’atar – wykonanie: Podgrzej wodę tak, aby była lekko ciepła, dodaj cukier i wymieszaj aż do rozpuszczenia. Dodaj drożdże, wymieszaj i odstaw na około 10 min, aż wyrosną. Do miski dodaj przesianą mąkę oraz sól, następnie wlej wyrośnięte drożdże, dodaj oliwę z oliwek i wyrabiaj przez około 10 min – ciasto powinno być gładkie i elastyczne. Uformuj kulę i umieść w misce posmarowanej oliwą z oliwek. Przykryj ściereczką i odstaw w ciepłe miejsce na około godzinę, do podwojenia objętości. Po wyrośnięciu uderz ciasto pięścią i krótko wyrabiaj. Podziel ciasto na 8 równych części, uformuj każdą w kulkę, odstaw na około 15 min. Rozgrzej piekarnik do 200 stopni. Na posypanej mąką stolnicy rozwałkuj każdą kulkę albo rozpłaszcz palcami – powinny mieć około 0,5 cm grubości i około 15 cm średnicy (kwestia preferencji, robię zarówno mniejsze, jak i większe). Wymieszaj zatar z oliwą – konsystencja powinna umożliwiać łatwe rozprowadzenie na cieście. Na każdym krążku rozprowadź pastę zatar – ok. 1-1,5 łyżki. Dużą blachę wyłóż papierem do pieczenia, piecz mini-pizze przez około 8 min, aż do uzyskania złotego koloru. Smacznego!

Codzienność na pustyni: adres zamieszkania

Nie sposób zliczyć ile oczywistych kwestii musimy przedefiniować mieszkając w Afryce. Kwestii, które dla nas są tak jednoznaczne, że nie zaprzątamy sobie nimi nawet głowy. Bo w końcu czymże innym jest adres zamieszkania, jeśli nie integralną częścią naszej codzienności. O ile w znanych mi większych północnoafrykańskich miastach temat adresu zamieszkania przedstawia się podobnie do systemu znanego nam z Polski, o tyle w mniejszych miejscowościach – w tym w moim 200-tysięcznym miasteczku – funkcjonuje to zupełnie inaczej. I szczerze mówiąc, do tej pory nie jestem w stanie pojąć jak. Nie mam pojęcia, pod jakim adresem mieszkam – serio. Wiem, jaka to ulica, tak z grubsza, bo nazywana jest dwojako – oficjalne tabliczki swoje, a mieszkańcy swoje. Jednak mój budynek nie ma numeru, chociaż na drzwiach mieszkania  dumnie błyszczy “trójka”. Żeby nie być nadto konsekwentnym – bo i po co, budynek obok już numer posiada. Myślałam, że na podstawie okolicznych budynków uda mi się wydedukować numer mojego, ale i tutaj zderzyłam się ze ścianą – ten bezpośrednio po lewej to “33”, a dwa domy w prawo widnieje “10”. Próbowałam rozgryźć tę zagadkę w najłatwiejszy możliwy sposób, czyli sprawdzając adres widniejący na rachunkach – w końcu jakimś cudem są one do nas dostarczane. Okazuje się, że chyba faktycznie “jakimś cudem”, bo poza imieniem i nazwiskiem mojego męża oraz oficjalną nazwą ulicy nie ma tam żadnych dodatkowych danych. A że w promieniu ponad godziny lotu nie ma  innych większych miejscowości, kod pocztowy lokalnie również nie jest używany. Zazwyczaj najlepszym źródłem wiedzy na takie tematy jest podpytanie tutejszych mieszkańców, jednak każdy z nich zareagował zdziwieniem i zastanawiał się o co właściwie mi chodzi i po co mi w ogóle takie szczegóły – tutaj nikt sobie tym głowy nie zaprząta, a ja najwyraźniej wynajduję problemy 😉 Sytuacja jest jednak o tyle kuriozalna, że chociażby do instalacji internetu wymagane jest podanie pełnych danych. Rozwiązanie? “Wpisz cokolwiek, a później im wytłumaczysz gdzie mieszkasz” 😉 A jak wytłumaczyć gdzie mieszkasz, nie posiadając adresu zamieszkania i mając świadomość, że nikt nie zna nazw ulic, a przez google maps można znaleźć tylko większe sklepy i urzędy? Zazwyczaj mieszkam “na tej samej ulicy, co biuro męża, w budynku w którym mieści się bank XYZ” albo “poniżej francuskiej szkoły – skręcasz w prawo i za 200 metrów po lewej stronie zobaczysz bank XYZ – to ten budynek” – i wszyscy wiedzą o co chodzi, bo wszyscy stosują ten sam system.

Muzułmanka u fryzjera

Będąc muzułmanką ma się czasami pod górkę w kwestiach codziennych, o których wcześniej kompletnie się nie myślało O ile wypad do kosmetyczki to nie problem – w końcu wszystko dzieje się za zamkniętymi drzwiami, o tyle wizyta u fryzjera w Europie stanowi wyzwanie. Widzicie, na punkcie włosów mam obsesję – ku zdziwieniu znajomych i rodziny, któremu to zdziwieniu z kolei nadziwić się nie mogę ja sama. Fakt, że na co dzień noszę chustę, jest dla wielu wystarczającym powodem do tego, by odpuścić dbanie o włosy, bo w końcu “nikt ich nie widzi”. Widzę ja i mój mąż i jest to dla mnie zupełnie wystarczającym powodem, by zatroszczyć się o swój wygląd. I tak wyjazdy za granicę zawsze kończą się paniką, jak zmieścić w bagażu te litry odżywek, szamponów, masek i olejków. Mój mąż już nawet przestał pytać, co mi przywieźć z podróży służbowych – odpowiedź jest zawsze taka sama. Z usług fryzjersko-kosmetycznych w Afryce nie korzystam z premedytacją Wystarczył jeden pedicure w Tunisie, żebym wybiła sobie ten pomysł z głowy na zawsze. Podczas kolejnej wizyty w Polsce, z duszą na ramieniu, robiłam badania krwi. Od tamtego czasu naprawdę błogosławię naszemu sanepidowi, dzięki któremu nie muszę się obawiać o higienę, a przynajmniej wiem, czego mam prawo wymagać. Bo w Afryce “dezynfekcja” sprowadza się do pobieżnego opłukania narzędzi pod bieżącą wodą, natomiast “sterylizacja” jest luksusem na który można liczyć w szpitalach i gabinetach dentystycznych. Chociaż nie dałabym sobie głowy uciąć, że we wszystkich. W krajach muzułmańskich są miejsca przeznaczone jedynie dla kobiet, do których mężczyzn nie wpuszcza się dalej niż na recepcję, chociaż ze względu na to, że kobiet stosujących się do zasad hidżabu ubywa, w dużych miastach pojawiają się salony na wzór europejski, z przeszkloną witryną i czasami nawet fryzjerami-mężczyznami. Najczęściej jednak takie miejsca dysponują również osobnym pomieszczeniem dla kobiet, dla których kwestia dyskrecji i intymności nie podlega dyskusji. Sama jednak nie jestem w stanie zignorować problemu higieny – który istnieje nawet w najbardziej luksusowych miejscach. Na pobliskiej Hiszpanii również się zawiodłam, pozostaje mi więc sprawdzona już Polska. Muzułmanka u fryzjera w Polsce? To było wyzwanie Jak zorganizować wizytę w salonie mając na uwadze fakt, że w większości miejsc mężczyźni stanowią część personelu, klientów lub osób towarzyszących? W końcu nawet w mojej siłowni “tylko dla kobiet” trenerami byli panowie. Nie należę jednak do osób, które łatwo się poddają. Szybko przeszukuję google i udaje mi się dowiedzieć, że w Warszawie jest jeden salon fryzjersko-kosmetyczny tylko dla kobiet. Mimo wszystko traktuję to jako opcję rezerwową i postanawiam zapytać u mojego dotychczasowego fryzjera i w kilku podobnych miejscach. Planuję skrócić i zafarbować włosy, więc nie będzie łatwo. Wdech-wydech i dzwonię, uświadamiając sobie równocześnie, że kompletnie nie wiem jak w jasny sposób wyartykułować swoje potrzeby. Na wieść o tym, że noszę hidżab i zależy mi na tym, żeby usługa była wykonana w osobnym pomieszczeniu, gdzie nie ma mężczyzn, pretensjonalny recepcjonista zaczyna chichotać i przekonywać mnie, że jemu wcale nie przeszkadza to, że mógłby zobaczyć moje włosy. Głęboki wdech i tłumaczę, że to nie jemu ma nie przeszkadzać, a mnie. Postanawiam jednak nie zrażać się pierwszym niepowodzeniem i przygotowuję krótkie zapytanie, które rozsyłam do trzech salonów fryzjerskich. Mimo wszystko nie liczę na odpowiedzi – w końcu nastawienie względem muzułmanów jest generalnie negatywne. Ku mojemu zdziwieniu, momentalnie otrzymuję odpowiedź z pierwszego salonu: “Witam, niestety nie mamy takiej przestrzeni. Obawiam się, ze będzie problem ze znalezieniem takiego miejsca  Pozdrawiam”. Bez zaskoczenia dziękuję za odpowiedź i skreślam pierwsze miejsce z mojej krótkiej listy. Zaskoczeniem jest jednak zaangażowanie jakim się spotykam, bo po godzinie dostaję wiadomość z informacją: “Koleżanka ma osobne pomieszczenie żeby Panią przyjąć”. Taki banał, a cieszy i przywraca wiarę w ludzi. Wolę myśleć, że to raczej efekt dobrej woli, niż chęci zarobku. Zanim zadzwonię postanawiam jednak poczekać do końca dnia na odpowiedzi z dwóch pozostałych miejsc. Nie ma rzeczy niemożliwych Z “do końca dnia” robi się “dam im szansę i poczekam do jutra”. Bingo, salon na który liczyłam najbardziej informuje mnie krótko “Pani XYZ, tak, mamy osobny pokój”. Piszczę z radości i sekundę później dzwonię i umawiam się na wizytę. Przemiła recepcjonistka przyznaje, że po raz pierwszy spotyka się z taką prośbą. Bez cienia oceniania wypytuje dokładnie o moje oczekiwania i sama wychodzi z inicjatywą, że na wszelki wypadek umówi mnie w terminie, gdy w salonie nie będzie żadnego fryzjera – mężczyzny. Oczarowana tak ogromną dbałością o szczegóły z niecierpliwością oczekuję na wizytę. W międzyczasie, po kilku dniach, trzeci salon odpowiada na moją wiadomość, informując mnie, że nie dysponują w pełni zamkniętym pomieszczeniem. Na wszelki wypadek przesyłają jednak fotografie wnętrza, żebym sama mogła ocenić czy spełnia ono moje oczekiwania. Nie spełnia, ale serce aż rośnie z radości, że ktoś się pofatygował specjalnie zrobić zdjęcia. Moja radość z nadchodzącej wizyty zostaje nieco zmącona, gdy odbieram telefon, w którym Pani recepcjonistka tłumaczy mi, że otworzyli nowy salon w innej lokalizacji i w związku z tym myjki do włosów z osobnego pomieszczenia zostały tam tymczasowo przeniesione. Tym samym w oddzielnej części możemy wykonać strzyżenie, ale jeśli chcę zafarbować włosy, konieczne będzie skorzystanie z myjki w części wspólnej. Już z bólem serca mam zrezygnować z farbowania, jednak słyszę, że mają dla mnie zarezerwowany czas tak czy inaczej. Dzięki temu mogę sama na miejscu zobaczyć i zdecydować co i jak. Być może układ będzie mi odpowiadał, a w tamtym czasie w salonie ma nie być żadnych mężczyzn. Oczarował mnie ogrom sympatii, zrozumienia i chęci dopasowania się do moich oczekiwań Na miejscu wita mnie przemiła recepcjonistka, z którą przez chwilę żartuję o tym, jakiego wyzwania im dostarczyłam. Czekając na fryzjerkę ucinam sobie pogawędkę z inną klientek – od dawna nigdzie nie czułam się tak swobodnie. Zupełnie jakby mój hidżab był niewidoczny. W takich chwilach zawsze ogrania mnie smutek, że coś tak zwyczajnego, dla muzułmanki urasta do rangi wydarzenia, o którym pamięta się miesiącami i z zachwytem opowiada o tym znajomym. Moją fryzjerką okazuje się być Khrystyna, przemiła Ukrainka i od tego momentu wiem, że absolutnie nie mam się czym martwić. Widzicie, pomiędzy tymi, którzy uchodzą za “innych” wytwarza się zupełnie naturalna nić porozumienia.

Codzienność w Saharze Zachodniej – woda

Woda na pustyni

Problemy z wodą na pustyni nie są niczym zaskakującym, ale zastanawialiście się czasami, jak wygląda to w praktyce? Dookoła piasek, deszczu praktycznie nie ma, okoliczna rzeka nie bez powodu nazywana jest rzeką sezonową – pojawia się tylko w zimie. Skąd więc brać wodę? Odpowiedź jest prosta: z oceanu! Słona woda w praktyce Odsalana (chociaż mam co do tego wątpliwości) woda morska nastręcza wielu problemów, szczególnie nowym mieszkańcom. Wypadające włosy, przesuszona skóra – to coś zupełnie naturalnego. O ile moje włosy znoszą wszystko bez większych problemów, o tyle skóra dała mi się we znaki – aż bolała z przesuszenia, a na łydkach zrobiła się cienka jak papier i krwawiła przy najmniejszym zadrapaniu. Nie, nie poprawiło się to z czasem, po prostu metodą prób i błędów znalazłam kosmetyki, które radzą sobie z problemem. Taka woda nadaje się jedynie do kąpieli, prania czy sprzątania, ale absolutnie nie sprawdza się do gotowania. Tutaj konieczna jest woda butelkowana, albo… deszczówka. Skąd Saharyjczycy biorą wodę pitną? Gdy spędzałam czas u mojej saharyjskiej przyjaciółki, piłam deszczówkę, nie mając początkowo tego świadomości. Wielokrotnie słyszałam, że do parzenia tradycyjnej, saharyjskiej herbaty, używa się “specjalnej wody”, jednak nigdy nie przykładałam uwagi do znaczenia tych słów. Interpretowałam je przez pryzmat swoich doświadczeń i założyłam, że chodzi o wodę mineralną. Nic bardziej mylnego! Sahrawi to naród bardzo przywiązany do tradycji, który osiadły tryb życia prowadzi od stosunkowo niedawna. Dopiero w czasie hiszpańskiej kolonizacji Saharyjczycy zaczęli zamieszkiwać miasta, chociaż nie dotyczyło to ich wszystkich. Jeszcze mama mojej 45-letniej znajomej, wraz ze swoim mężem i stadem wielbłądów, przeszła pustynię wzdłuż i wszerz. Nie mając dostępu do butelkowanej wody, korzystali z tej, która po deszczu zbierała się w oddalonych od osad dolinach. Dzięki temu mieli pewność, że nie została w żaden sposób zanieczyszczona. Chcesz się dowiedzieć więcej o historii okupowanej Sahary Zachodniej? Opisałam ją w całości tutaj Dawne zwyczaje zostały przeniesione do życia w miastach. Deszczówka z pustynnych dolin jest kupowana w dużych ilościach, a w domach znajduje pojemnik na wodę pitną z osobną instalacją i niezależnym kranem. Taka woda wykorzystywana jest do gotowania, parzenia herbaty, a nawet bezpośredniego picia nieprzegotowanej. Bieżąca woda to nic oczywistego Gdy przeprowadziłam się do Laayoune i rozpoczynałam swoje życie w Saharze Zachodniej, najbardziej zszokowała mnie kwestia dostępności wody. Wcześniej wygodnie mieszkałam w Tunisie, którego wiele dzielnic przypomina europejskie, a standard życia w żaden sposób nie odbiega od tego, który znamy. Wyczerpana lotem z Tunisu do stolicy Sahary Zachodniej wzięłam długi prysznic w mieszkaniu, które zaledwie kilka dni wcześniej wynajął dla nas mój mąż. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że następnego dnia z kranów przestała płynąć woda. Powiadomiony o tym właściciel mieszkania przyszedł i pokazał nam znajdującą się pod schodami instalację pomp, osobnej dla każdego mieszkania, które doprowadzały wodę do zbiorników zainstalowanych na dachu. W Laayoune niemal wszystkie budynki mają na dachach ogromne, 500-2000 litrowe zbiorniki, które gwarantują zapas wody. Jednak to, w jaki sposób woda jest do nich dostarczana, różni się w zależności od okolicy, a nawet pomiędzy sąsiadującymi domami. Nasz budynek podłączony jest do sieci wodociągowej, w której woda jest jedynie do południa – dlatego musimy pamiętać, aby co kilka dni, koniecznie rano, włączyć pompę, która doprowadzi wodę do naszego zbiornika. A jeżeli zapomnimy? Nie ma problemu, wystarczy podjechać na souk, gdzie beczkowozy tylko czekają na taką okazję i za kwotę dwukrotnie wyższą niż miesięczny rachunek za wodę z radością podjadą i uzupełnią zapasy. Niektórzy mieszkańcy z beczkowozów muszą jednak korzystać na co dzień – nie wszystkie budynki mają dostęp do wodociągu. I tak codziennie rano na mojej ulicy zatrzymuje się samochód, którego kierowca ma klucze do bram kilku domów i zawsze o tej samej porze doprowadza wodę. Taki system sprawdza się tutaj i funkcjonuje zupełnie naturalnie, chociaż zarówno dla mnie, jak i mojego męża była to całkowita nowość i mieliśmy spore trudności z przyzwyczajeniem się do funkcjonowania w ten sposób.

Jak uchronić się przed arabskim “wizowcem”

wizowiec

Poznałaś go na internetowym czacie, przez Facebooka lub w egzotycznym wakacyjnym kurorcie. Czułym spojrzeniom przez skype nie ma końca, jesteś jego habibti, a on zapewnia Cię o dozgonnej szalonej miłości, której zwieńczeniem będzie malowniczy ślub. Nie słyszysz narzekania, tylko komplementy, wszystko jest ciekawe, inne – bajecznie perfekcyjne. Motyle rozsadzają Ci brzuch, a Ty unosisz się nad ziemią, zamiast zwyczajnie po niej stąpać. Arabowie są jedyni w swoim rodzaju, potrafią okazywać uczucia jak nikt inny i sprawić, że kobieta czuje się jak księżniczka i zapomina o całym świecie. Ich, z natury pozytywne, usposobienie sprawia, że wszystko nagle wydaje się znacznie bardziej pozytywne, a wyluzowane podejście do życia imponuje, zamiast budzić niepokój. Każde zakochanie wiąże się z tym, że funkcje myślenia przejmuje serce i zamiast zatrzymać się na chwilę aby zastanowić się nad słowami i gestami wszystko bierzemy za dobrą monetę. W tym momencie niewiele jest rzeczy, których mogłybyśmy nie wybaczyć, niewiele wątpliwości, których nie udałoby się rozwiać. A powinno być – zwłaszcza, jeżeli wiążesz się z obcokrajowcem. Angażując się w relację z kimś z zagranicy pozbawiasz się możliwości weryfikacji jego historii – brak jest jakichkolwiek wspólnych znajomych, którzy mogliby potwierdzić jego słowa, nie znasz realiów czy procedur istniejących w jego kraju, pozostaje Ci więc uwierzyć na słowo. Kochasz, więc przychodzi to łatwo, czasami warto jednak się zatrzymać i zastanowić, czy rzeczywiście wszystko ma sens, czy reagowałabyś w ten sam sposób, gdyby nie emocje, które targają Twoim sercem? Jeżeli miłość jest prawdziwa – czego z całego serca Ci życzę – to przetrwa każdą próbę, rozłąkę, a wszelkie wątpliwości, które wyrazisz na głos, tylko umocnią Wasz związek. Chodzi w końcu o Twoje szczęście i przyszłość, nie ma więc nic złego w asekurowaniu się i nie świadczy to w żaden sposób o braku zaufania. Samochodu również nie ubezpieczamy dlatego, że wierzymy, że przytrafi nam się wypadek – modlimy się, żeby nigdy nic złego się nie wydarzyło, ale jeśli już… przynajmniej łatwiej będzie nam z tego wybrnąć. Miłość – miłością, ale dlaczego tak właściwie Arabowie lgną do Europejek, często nawet dużo starszych czy mniej atrakcyjnych niż oni sami? Odpowiedź na to pytanie jest z jednej strony trywialnie prosta – Europejka stanowi gwarancję przeprowadzki do Europy, która tutaj widziana jest przez różowe okulary, jako ziemia obiecana, gdzie pieniądze rosną na drzewach. Z drugiej strony, wielu mężczyzn decydujących się pozostać w ojczystym kraju nadal zapamiętale szuka żony z Europy – w tym przypadku powód jest równie prozaiczny. Europejka zazwyczaj stawia mniejsze wymagania niż Arabka, która nawet jeżeli zdecyduje się na pracę zawodową i tak pieniądze zatrzyma dla siebie. Dla wielu kobiet z naszego kręgu kulturowego niewyobrażalne jest to, że mogłybyśmy nie pracować, zdać się na utrzymanie męża, a już tym bardziej pracować i nie dokładać się do budżetu domowego. Wyświadcz sobie samej przysługę i przetestuj swojego wybranka – w niczym to nie zaszkodzi, a może uchronić Cię przed błędami, których konsekwencje będą poważniejsze, niż złamane serce. 1. Przekonaj go, że nie chcesz mieszkać w EuropieSprawdzony sposób, który należy rozegrać umiejętnie. Jasne, że rozumiesz, że życie w krajach arabskich nie należy do najłatwiejszych, nie jest łatwo o pracę, a poziom życia odbiega od tego, do którego przywykłaś. Ale przecież nie to jest w życiu najważniejsze, prawda? Twoim marzeniem zawsze były egzotyczne kraje z domieszką orientu, europejski klimat absolutnie Ci nie sprzyja, marzysz o słonecznej pogodzie przez okrągły rok i zwyczajnie podoba Ci się życie w jego ojczyźnie. Bieda? Razem dacie sobie radę, miłość jest najważniejsza, a europejski styl życia to wyścig szczurów, w którym małżeństwo i rodzina tracą na znaczeniu. Zdecydowanie to Ty przeprowadzasz się do niego – nie ma o czym dyskutować. Nadal nie uciekł? 2. Przekonaj go, że jesteś w kiepskiej sytuacji finansowejNiestety, zdarzają się i tacy, którym wydaje się, że żona z Europy wprost będzie ich utrzymywać i już na etapie wczesnej znajomości potrafią napomknąć, że przydałby się nowy telefon – oczywiście po to, żebyście mogli być w nieustannym kontakcie, a chorej mamie skończyły się leki. Oczywiście, bardzo mi przykro jeżeli rzeczywiście tak jest, ale koniec końców to obowiązkiem mężczyzny jest zapewnienie bytu rodzinie, jeżeli nie udaje mu się na tym etapie, w jaki sposób planuje utrzymać żonę i dzieci? Zadbaj o to, żeby nie wydawało mu się, że powodzi Ci się nadto dobrze. Wakacje to wygrana w radiowym konkursie, do pracy dojeżdżasz autobusem, w kinie nie pamiętasz, kiedy byłaś po raz ostatni, a ostatnio musiałaś zrezygnować z wypadu do restauracji, bo byłaś przed wypłatą. Jeżeli byłaś mocno przekonywująca – gratulacje! Najprawdopodobniej habibi nie jest typowym wizowcem. Nie oznacza to jednak, że możesz odetchnąć z ulgą. Ileż razy słyszałam od męża, że jakiś znajomy szuka sobie Europejki, bo one pracują, zajmują się domem, dziećmi, usługują mężowi we wszystkim, a życie intymne kwitnie. Nadal troszczymy się o siebie, pozostajemy czujne i testujemy faceta pod każdym możliwym względem! 3. Ekscytuj się tradycyjnym modelem rodzinyRównouprawnienie? Jak najbardziej, jeżeli tylko mężczyźni zaczną rodzić dzieci. Nowoczesne dążenie do zrównania roli kobiety i mężczyzny zdecydowanie Cię nie przekonuje. W końcu mężczyzna i kobieta są z natury różni, trudno więc wymagać od nich tego samego. Z radością zostaniesz w domu, a on niech zajmie się pracą zarobkową. 4. Znaj swoje prawaUdowodnij mu, że wiesz jakie są prawa i obowiązki zarówno kobiety, jak i mężczyzny – szczególnie te, wynikające z islamu – wszak stanowi to podstawy funkcjonowania każdego społeczeństwa arabskiego. Zostajesz w domu, ale nigdzie nie jest powiedziane, że masz zająć się sprzątaniem i gotowaniem, podczas gdy on będzie spędzał połowę dnia z kolegami w kawiarni. Jeżeli będziesz się nudzić, wcale nie wykluczasz, że pójdziesz do pracy – w sumie fajnie byłoby mieć dodatkowe pieniądze na własne wydatki, nawet sprawdziłaś oferty okolicznych salonów kosmetycznych. 5. Poznaj jego rodzinęNawet, jeżeli tylko przez internet, nawet na odległość. Upewnij się, że wiedzą o Waszym związku i nie mają nic przeciwko, nie daj się zbyć stwierdzeniami, że to za wcześnie, bo ramy czasowe w świecie muzułmańskim dla takich relacji wyglądają zupełnie inaczej. Jeżeli traktuje związek poważnie, przedstawienie Cię rodzicom będzie jednym z pierwszych kroków – tutaj nie podlega to negocjacjom. Dla własnego spokoju upewnij się, że to miłość

© polkanapustyni.pl