Reportaże,  Sahara Zachodnia

Jako dziecko marzyłam o tym, by mieć dom

Niewiele czasami potrzeba, żeby poznać fantastycznych ludzi. Wyjście do kawiarni, spotkanie w windzie, czysty przypadek i trafiamy na kogoś, z kim po prostu świetnie się rozumiemy, kto nas fascynuje i inspiruje. Różnice przestają mieć znaczenie, liczą się podobieństwa.

Nie, to nie będzie romantyczna opowieść, jednak na pewno będzie zaskakująca.

Alię poznałam przez internet, za pośrednictwem przypadkowej osoby, która skontaktowała się ze mną na Instagramie. Od słowa do słowa zapytałam, czy w mojej okolicy mieszka może jakaś Saharyjka, która mówi po angielsku. Niedługo potem dostałam zaproszenie na obiad do domu Alii. Gdyby taka propozycja wyszła ze strony Szwajcara, Francuza czy Polki, pewnie uciekłabym z krzykiem. Dla Sahrawi jest to jednak zupełnie normalne.

Alia, niezwykła nastolatka z obozu dla uchodźców

Spotykamy się u mnie w domu. Nie mogę się doczekać, by usłyszeć jej historię, a równocześnie dziwnie jest pytać. Mam wrażenie, że naruszam jakąś przestrzeń intymności, cały czas staram się być ostrożna. Nie chcę, żeby Alia poczuła się niezręcznie, nie chcę sprowadzić jej do roli uchodźczyni, bo wiem, że jest kimś znacznie więcej.

Błyskotliwą nastolatką zafascynowaną astronomią. Śliczną dziewczyną o egzotycznej urodzie. Pasjonatką nauki, która włada siedmioma językami. Jest też dziewczyną, która urodziła się i wychowała w obozie dla uchodźców pośrodku pustyni, który stanowi tło jej życia. Jestem jej ogromnie wdzięczna, że zdecydowała się opowiedzieć swoją niezwykłą historię i niezmiennie podziwiam siłę i wytrwałość, która od niej bije.

Jeżeli interesuje Was historia narodu saharyjskiego i to, dlaczego Alia została uchodźczynią, koniecznie przeczytajcie: Przyjechałam do Maroka, wyjechałam z Sahary Zachodniej

Szczęśliwe dzieciństwo na pustyni

Z życia w obozie nie pamiętam wiele. Musisz jednak wiedzieć, że miałam szczęśliwe dzieciństwo. Ja nie znałam innej rzeczywistości, niż obóz dla uchodźców, nie wiedziałam, że istnieje coś więcej, dla mnie to był cały świat.

Gdy byłam dzieckiem, bardzo się o mnie troszczono. Byłam jedyną dziewczynką w rodzinie i traktowano mnie jak księżniczkę. Na kilka miesięcy przed tym, gdy się urodziłam, zmarł mój dziadek, więc z jeszcze większą miłością cała rodzina skupiła się na mnie, na nowo narodzonym dziecku. Może właśnie dlatego byłam też najbliższa sercu mojej babci. Nikt nie mógł powiedzieć mi złego słowa, zawsze miałam wszystko to, czego chciałam.

Dla mojej mamy edukacja była najważniejsza

Moje pierwsze wspomnienie? Miałam wtedy 5 lat i mama zdecydowała, że rok wcześniej wyśle mnie do szkoły. Edukacja była dla niej bardzo ważna, zawsze chciała, żebym coś osiągnęła, żebym była kimś więcej. Sama uczyła się za granicą i nieustannie powtarzała, że do czegokolwiek można dojść jedynie poprzez zdobywanie wiedzy i doskonalenie umiejętności. Pierwszy dzień szkoły był równocześnie dniem ślubu mojej mamy. Nie pozwolili jej zaprowadzić mnie do szkoły, zamiast tego poszłam z ciocią. Byłam zła i było mi wstyd, bo chciałam iść sama, tak jak inne dzieci.

To, że moja mama ponownie wychodziła za mąż, nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia. W mojej kulturze to coś zupełnie naturalnego. Rozwody i powtórne małżeństwa nie są w żaden sposób stygmatyzowane, a dwa, że ja tak naprawdę byłam przywiązana do babci, to ona była całym moim życiem, bo mama pracowała za granicą i w tamtym momencie nie mogła zabrać mnie do siebie, nie zniosłabym rozłąki z babcią. Tylko na odległość mogła dbać o to, żebym miała wszystko, czego potrzebuję. Ta sytuacja była trudniejsza dla mamy niż dla mnie.

Moja mama jest inżynierem, to dzięki niej jako pierwsi w obozach mieliśmy dostęp do telewizji. Wszyscy z sąsiedztwa gromadzili się, aby oglądać różne programy. Zazwyczaj arabskojęzyczne kanały, chociaż moja mama oglądała także po angielsku, bo znała ten język. Po ślubie wyjechała z mężem do Hiszpanii, a ja zostałam z babcią.

Piasek, piasek i jeszcze raz piasek

W obozach nie ma nic poza piaskiem. Nie daje to wielu opcji na zabawę, ale wtedy tego nie wiedziałam. Zawsze znajdowaliśmy sobie jakąś rozrywkę. Moją ulubioną zabawą było skakanie na skakance, uwielbiałam to i byłam znana w całej okolicy z tego, jak dobrze mi to wychodziło. Nasze skakanki nie przypominały jednak w niczym tych, które można zobaczyć w Europie. Robiliśmy je z tego, co znaleźliśmy, jakiegoś kawałka sznurka, zależy co było dostępne. Uwielbiałam też grać w gumę. Zdarzało się, że przeszukiwaliśmy rzeczy mamy, albo jakiejś cioci i gdy znaleźliśmy gumkę, wiązaliśmy ją, jedna dziewczynka stawała po jednej stronie, druga po drugiej, a trzecia skakała na gumie.

Nie mieliśmy zbyt wielu zabawek. Sama miałam jedną czy dwie. Najczęściej dostawaliśmy je od jakichś obcokrajowców odwiedzających obozy. Czasami dawali je każdemu dziecku w okolicy, a jeżeli nie wystarczało, to, żeby było sprawiedliwie, trafiały do specjalnie wyznaczonego miejsca, do którego mają dostęp wszyscy, ale otwierane jest tak może raz, czy dwa razy na tydzień.

Nie byliśmy przyzwyczajeni do tego, by bawić się zabawkami. Piasek był tłem naszego dzieciństwa. Bawiłyśmy się w dom, wytyczałyśmy jego mury w piasku, udawałyśmy, że w jednym miejscu jest salon, w innym kuchnia, gotowałyśmy potrawy z piasku. Udawałyśmy, że to nasz dom, że jesteśmy dorosłe i wszystkim się zajmujemy. Nie mieliśmy wiele, ale wiedzieliśmy, jak zapewnić sobie radość.

To jest bardzo ciekawe, ale w obozie miałam taki naturalny alarm biologiczny, że budziłam się o 6 rano. Niesamowite, bo teraz serio nie wiem, ile razy muszę nastawiać alarm, żeby wstać z łóżka. Modliłam się, ubierałam, piłam trochę mleka lub saharyjskiej herbaty, szłam do szkoły, po kilku lekcjach wracałam do domu, żeby coś zjeść, a po przerwie znowu szłam do szkoły. Po powrocie z popołudniowych zajęć większość dziewczynek pomagała mamom i ciociom w domu, a po tym szłyśmy się bawić. Wieczorem odrabiałam zadanie, oglądałam telewizję.

Lato w obozie jest najgorsze

Latem w okolicy Tindouf panują potwornie wysokie temperatury, sięgają niemal 60 stopni, a my mieszkamy w domach z suszonych na słońcu cegieł i w namiotach. Tego lata miało być jednak inaczej. Co roku wszystkie dzieci w wieku 6-12 lat leciały na całe wakacje, na dwa miesiące do Hiszpanii. Spędzały ten czas u hiszpańskiej rodziny, która traktowała je jak swoje, płaciła za bilety i zapewniała wyżywienie, dach nad głową. Mimo że miałam zaledwie 5 lat, również miałam do nich dołączyć, a wszystko dlatego, że wcześniej poszłam do szkoły.

Samoloty z Tindouf odlatywały do różnych miast w Hiszpanii, co kilka dni, specjalnie wyczarterowane na ten cel od algierskich linii lotniczych. Wszystkie dzieci w tym wieku leciały, myślę, że było nas około dwóch tysięcy. Moim całym dotychczasowym światem były obozy, a nagle miałam polecieć samolotem i w dodatku do Hiszpanii. Wymieniałyśmy się z koleżanką – w drodze do Hiszpanii to ona siedziała przy oknie, a w drodze powrotnej ja. To było niesamowite widzieć oddalającą się ziemię. Byłam ogromnie podekscytowana. Miałam ze sobą walizkę, w której nie było absolutnie nic dla mnie. Tylko tradycyjna biżuteria, ubrania, takie jak nasze mehlfy, dla rodziny, która miała mnie gościć. To wszystko.

Po przylocie do Hiszpanii byłam padnięta, a mimo tego nie mogłam się nadziwić wszystkiemu, co widzę. Mama zawsze mnie uczyła, jak wygląda świat poza obozami, ale dla mnie to był raj, miejsce niemożliwe do zobaczenia. Ja w ogóle nie widziałam niczego poza obozami dla uchodźców i algierskim miasteczkiem Tindouf. Gdy byłam dzieckiem, nawet Tindouf było dla mnie zaskakujące.

Najlepsze zrządzenie losu w moim życiu

Okazało się, że rodzina, u której miałam się zatrzymać, miała jakieś problemy i nie mogli przyjechać. Ludzie, którzy koordynowali całą akcję, postanowili wziąć mnie do siebie. To było najlepsze zrządzenie losu w moim życiu. Dziś nazywam ich moimi hiszpańskimi rodzicami.

Przyjechaliśmy do ich domu i nic nie było przygotowane, a dla mnie wszystko było cudowne, idealne. Moja hiszpańska mama pobiegła do sąsiadów, żeby pożyczyć dla mnie sukienkę i do tej pory wspomina, jak kręciłam w niej piruety. Nigdy wcześniej nie miałam na sobie nic tak ślicznego. To u nich w domu po raz pierwszy wzięłam taki prawdziwy prysznic. W obozie masz zbiornik z wodą, którą nabierasz jakimś naczyniem i się polewasz, a tam wystarczyło przekręcić pokrętło i lała się woda! W dodatku można było regulować jej temperaturę! Moja hiszpańska rodzina miała basen i siostra chciała mi go pokazać, ale był przykryty. Gdy go odsłoniła, myślałam, że to studnia, taka sama, jakie mamy w obozach.

Hiszpańscy rodzice robili wszystko, żebym przybrała na wadze. W ciągu dwóch miesięcy przytyłam 5 kilo, gdy babcia mnie zobaczyła, była zachwycona. Później wystarczył miesiąc w obozie, żebym wróciła do poprzedniej wagi.

Pamiętam, że moja hiszpańska rodzina musiała kupować dla mnie ogromne ilości mleka. W obozach mleko piłam na okrągło, na śniadanie, obiad, podwieczorek, kolację, przed snem… Chodziliśmy do McDonald’s, do restauracji, jedliśmy pizzę – dla mnie było to czymś niesamowitym, nowym, zupełnie innym.

Wszystko było nowe, każde doświadczenie było tym pierwszym

Największym zaskoczeniem była dla mnie religia. Kiedyś myślałam, że tylko muzułmanie są dobrymi ludźmi, myślałam, że wszyscy inni są źli. Trochę jak w niektórych kręgach w Europie, gdzie każdy, kto nie jest chrześcijaninem, jest postrzegany jako zła osoba. Dla mnie katolicy byli złymi ludźmi, nigdy nie miałam z nimi do czynienia, takie jest przeświadczenie tych, którzy nigdy nie zetknęli się z inną religią. Gdy przyleciałam do Hiszpanii, zamieszkałam z katolicką rodziną i zaczęłam myśleć o tym, że dlaczego niby mieliby być źli? Przecież to dobrzy ludzie. Bardzo szybko zmieniłam swoje przekonania. Moja mama z kolei nigdy tak nie myślała. Dla niej Europejczycy i wszyscy inni, to zwyczajni ludzie, nigdy nie miała nic przeciwko nim, ale dla kogoś, kto wcześniej nie zetknął się ze światem zewnętrznym, „obcy” znaczy zły.

Tego lata po raz pierwszy zobaczyłam ocean, wcześniej znałam go tylko z opowiadań. Moja mama zawsze mówiła o plażach, o falach na oceanie, opowiadała, jak wyglądają, jakie wrażenie daje morska bryza. Mówiła mi o rzeczach, których nie znałam, opisywała, czym jest las. Gdy pierwszy raz zobaczyłam plażę i ocean… Wow, byłam oniemiała. Mam tak wiele fantastycznych wspomnień z tamtego okresu, wszystko, co przeżyłam w Hiszpanii, było moim pierwszym doświadczeniem. W ciągu tych dwóch miesięcy nauczyłam się mówić po hiszpańsku.

Mimo wszystkich nowości i wygód ogromnie tęskniłam za rodziną. Nie mogłam się doczekać powrotu, odliczałam dni. Bycie z rodziną było o wiele ważniejsze od wszystkiego, co zapewniała Hiszpania. Wracałam z wielką walizką wypełnioną po brzegi ubraniami, słodyczami dla innych dzieci, jedzeniem. Dobrym jedzeniem. Hiszpańska rodzina pakowała dla mnie wszystko, co mogło mnie uszczęśliwić i uczynić moje życie łatwiejszym. Przywiozłam 5 litrową butelkę oliwy z oliwek, moja babcia była zachwycona i ogromnie wdzięczna, dla niej był to najlepszy prezent.

Powrót do obozu był trudny, ale to mój dom

Cieszyłam się, że jestem wśród bliskich, ale pierwsze dni nie należały do najłatwiejszych. W Hiszpanii wszystko było czyste, był dostęp do bieżącej wody, a w obozie jest sam piasek, mnóstwo kurzu. Pamiętam, że bałam się, że pobrudzę moje śliczne białe skarpetki. Po dwóch, trzech dniach przyzwyczaiłam się na nowo.

Ciężko było się przestawić na inne jedzenie, bo w obozach wszystko jest ograniczone, zależne od pomocy humanitarnej. Obozy to pustynia, nie da się tam uprawiać roślinności, ciężko o owoce czy warzywa. Gdy moja mama przyjeżdżała z Hiszpanii i przywoziła hiszpańskie jedzenie, to było święto dla mnie. Mogłam zjeść coś, czego od dawna nie miałam w ustach.

W Hiszpanii nie jadłam bananów, nie lubiłam ich, ale w obozie doceniałam dosłownie wszystko i wszystko zjadałam ze smakiem. Gdy znajdowałam banana w obozie, zjadałam go, jakby to była najlepsza czekolada, najpyszniejsze jedzenie na świecie. Tak samo z mlekiem, bo w obozie nie jest trudno o mleko wielbłądzie, ale krowie musisz kupić. Gdy udawało mi się dostać butelkę krowiego mleka, wypijałam je jednym haustem. Gdy masz tak niewiele, doceniasz dosłownie wszystko.

Trudno jest wracać do takich warunków, smutno było mi opuszczać hiszpański komfort, ale babcia była dla mnie najważniejsza, chciałam być blisko niej. Nawet po wyjeździe do Hiszpanii uważałam, że nadal przynależę do świata obozów. To mój dom, to właśnie tam powinnam być. Byłam u mojej hiszpańskiej rodziny 7 razy, do tej pory pozostajemy w kontakcie, teraz to oni odwiedzają mnie w Szwajcarii.

Miałam tylko jedno prawdziwe marzenie

O czym marzyłam jako dziecko? Nie nauczono nas, by myśleć w ten sposób o przyszłości, nie nauczono nas marzyć. To nie tak, jak w Europie, gdzie dzieci chcą być policjantem lub strażakiem. Wszelkie marzenia i tak były dla nas niemożliwe do osiągnięcia. Po prostu uczysz się i nie myślisz wiele o tym, co będzie. W pewnym momencie chciałam jednak być astronautą. Byłam bardzo, bardzo ambitna i chciałam robić coś, co nie leży w zasięgu każdego. Uwielbiałam astronomię i nadal mnie ona pasjonuje.

Inne marzenia? Chciałam mieć tablet. Ciągle pamiętam ten moment, gdy moja mama po raz pierwszy przyniosła telefon. To było coś niesamowitego! Później zaczęłam odkrywać Internet i myśleć o tego typu rzeczach. Teraz mam to wszystko i nie znaczy to tak wiele. Poza tym nie było chyba niczego takiego, co rzeczywiście bym chciała… Może poza jedną rzeczą… Chciałam mieć dom. W Hiszpanii mieszkałam w domu i zastanawiałam się, jak by to było mieć dom, jak wygodne by to było. To wszystko, o czym tak naprawdę marzyłam. Mieliśmy dom z cegieł zrobionych z błota suszonego na słońcu, ale ja spałam z babcią w namiocie, na dywanie.

W naszych domach i namiotach nie ma łóżek, niektóre rodziny mają materace, takie wąskie, do siedzenia, ułożone dookoła. Poza tym mamy tylko dywany położone bezpośrednio na ziemi. Bierzesz poduszkę, kładziesz się na dywanie, przykrywasz kocem i idziesz spać.

Latem zabieraliśmy dywan na zewnątrz i spaliśmy pod gwiazdami. Nie wyobrażasz sobie, jak pięknie tam jest. Dookoła całkowita ciemność, a nad Tobą rozgwieżdżone niebo. Gwiazdy były po prostu wszędzie. Leżysz i wpatrujesz się w ten bezkres ponad Tobą.

Teraz, kiedy uczę się astronomii, zawsze sobie myślę „wow, miałam dom z najwspanialszym widokiem na świecie”. To coś wyjątkowego, nie każdy ma okazję to podziwiać, możesz dosłownie zobaczyć całe ramię Drogi Mlecznej, naszej galaktyki. Kiedy powiedziałam nauczycielowi geografii, że na własne oczy widziałam to, o czym się uczymy, nie mógł mi uwierzyć. Spanie pod gołym niebem jest jednym z moich najlepszych wspomnień.

Babcia opowiadała najpiękniejsze historie

Moja babcia uwielbiała opowiadać o swojej przeszłości, swoich podróżach po pustyni. To były najpiękniejsze historie, jakie możesz usłyszeć. Gdy była młodsza, zanim trafiła do obozu, podróżowała ze swoim mężem. To byli typowi nomadzi, błądzący po pustyni w poszukiwaniu wody i zielonych obszarów, na których mogli wypasać swoje zwierzęta. Nie poruszali się w promieniu iluś tam kilometrów, to były naprawdę dalekie odległości. Babcia mówiła, że widziała małpy, chociaż na początku nie wiedziała co to jest. Wyobrażasz sobie, jak daleko musieli dotrzeć? Nie mam pojęcia, jak udało im się wrócić w rodzinne strony. Dla nich nie istniały granice. Znali tylko wolność.

Gdy tak leżeliśmy pod gołym niebem, babcia mówiła, że czytali z gwiazd, by określić kierunki podróży, przewidywali pogodę patrząc w niebo. Teraz używamy zegarków, telefonów, a oni nie mieli niczego takiego i wciąż potrafili określić pory dnia, czas modlitwy, wiedzieli, kiedy zacząć pościć. Zawsze mówiła mi, że gdy słońce zachodzi i widzisz, że chmury są czerwone, to znaczy, że noc będzie zimna. Jeżeli nie są czerwone, w nocy będzie ciepło. Takie było ich życie.

Moja babcia zaszła w ciążę w podróży, urodziła moją ciocię i nie wie, gdzie to było. To znaczy, zna nazwę miejsca, ale nie można go znaleźć, bo nazwa została zmieniona. Nie wie też, kiedy dokładnie urodziła, bo nie mieli takiego kalendarza, jak my. Usłyszysz, że „urodziłam dziecko w roku, w którym było dużo opadów deszczu”, jeśli chciałaś znać datę urodzenia, musiałaś sprawdzić, w którym roku były intensywne opady i mogłaś zgadywać, kiedy w przybliżeniu to było. Moja mama też nie wie, w którym miesiącu dokładnie się urodziła. Rok zna na pewno, bo było to w czasie wojny.

Przestawienie się z obozowej szkoły na szwajcarską nie było wcale trudne

Gdy miałam 9 lat, zaczęłam sobie zdawać sprawę z tego, że babcia nie pozwoliłaby mi pojechać samej do Algierii, żeby kontynuować naukę. W obozach mamy dwa etapy edukacji, jeśli chcesz uczyć się dalej, musisz wyjechać. Zaczęłam myśleć, co będzie dalej, co wtedy zrobię za tych kilka lat, gdzie będę. Moja babcia nie chciała, żebym była tam sama. Myślę, że duży wpływ miały na to jej doświadczenia z jej własnymi dziećmi, z moją mamą, która wyjechała mając 9 lat, z moim wujkiem.

Mój wyjazd z obozu był bardzo trudny dla babci. Miałam 11 lat, to był najwyższy czas dla mojej mamy, by zabrała mnie do siebie, do Europy, żebym mogła się uczyć. Gdy już byłam w Europie, zanim zmarła, nieustannie wypytywała o to, kiedy skończę szkołę, kiedy do niej wrócę.

Możesz sobie wyobrazić, że gdy przyjechałam do Szwajcarii, nie miałam żadnych problemów w szkole? Jedynym wyzwaniem była bariera językowa, musiałam się nauczyć francuskiego, nie wiedziałam nawet, jak się przywitać, a dziś posługuję się francuskim płynnie. Mam nawet wrażenie, że w obozach realizowaliśmy program nauczania szybciej niż w Szwajcarii.

Uczyliśmy się z algierskich książek, mieliśmy arabski, hiszpański, francuski, angielski, historię, matematykę, biologię, geografię, chemię, fizykę, informatykę, religię i wychowanie fizyczne. Wszystkie przybory szkolne pochodzą z pomocy humanitarnej, może to nie jest wiele, ale jeżeli chcesz się uczyć, w obozie nie brakuje niczego pod tym względem.

Po przyjeździe do Szwajcarii, na samym początku byłam w klasie, w której byli sami imigranci, intensywnie uczyliśmy się francuskiego. Pochodziliśmy z różnych zakątków świata, ale nikt nie miał z tym problemu. Gdy już bezproblemowo posługiwałam się językiem, dołączyłam do zwykłej klasy i od razu zostałam zaakceptowana.

Moi znajomi nie wiedzą, że urodziłam się w obozie dla uchodźców

Przez to, co dzieje się w mediach społecznościowych słowo „uchodźca” nabrało negatywnego wydźwięku. Mamy w szkole uchodźców z Syrii i innych miejsc i są dobrze traktowani, ale ja po prostu nie chcę, żeby moje koleżanki i koledzy o tym wiedzieli. Nie wstydzę się, po prostu wiem, że by nie zrozumieli, a to mogłoby być dla mnie bolesne.

Moje życie różni się od tego, które wiodą moi rówieśnicy. To, co dla nich ważne, ich rozterki, nie są moimi priorytetami. Moja mama ciągle powtarza „myśl o ludziach w obozach, myśl o tych, którzy zostali w obozach”. Nam jest wygodnie, ale nasza rodzina tam została. Nie mogę żyć pełnią życia, ten konflikt zawsze będzie jego tłem. W tym sensie nie mogę być „normalną” nastolatką. Nauczyłam się narzucać samej sobie ograniczenia. Jestem inna. Akceptuję swoją sytuację i to, że nigdy nie będę „normalna”. Nauczyłam się kochać to, co mnie wyróżnia.

Jestem uchodźczynią, ale tak samo jak inni mam uczucia, mam umysł, mam marzenia. Wszystkim, czego potrzebuję, jest to, by dano mi szansę. Jeżeli dostajemy szansę na naukę, możemy osiągnąć więcej, niż ktokolwiek by się spodziewał. Jesteśmy postrzegani jak osoby, które nie mogą do niczego dojść, czasami nie jesteśmy nawet postrzegani jak ludzie.

Popatrz na nas. Saharyjczycy, jako uchodźcy, są świetnym przykładem na to, że można się zorganizować. My sami zarządzamy obozami, sami je wybudowaliśmy. Potrzebujemy pomocy z zewnątrz, bo pośrodku pustyni nie jesteśmy w stanie zapewnić sobie wyżywienia, ale nie chcemy, by ktokolwiek cokolwiek za nas robił. Wszyscy nauczyciele, którzy mnie uczyli, to Sahrawi. Mamy teraz w obozach parę Amerykańskich nauczycieli, którzy zdecydowali się tam zamieszkać. Większość lekarzy to Sahrawi. My naprawdę potrafimy.

Najlepszą pomocą, jakiej można udzielić, jest zapewnienie edukacji

Po mojej mamie jestem bardzo ambitna. Sama narzucałam sobie dużo dyscypliny w kwestii nauki, a mama dodatkowo mnie motywowała. Jednak teraz to się zmienia. Dzieci, młodzi ludzie, nie widzą szans dla siebie na przyszłość, nie widzą w tym sensu. Bo co? Będziesz się uczyć w Algierii i co potem? Nie możesz znaleźć żadnej pracy, bo w obozach prawie wcale jej nie ma. Kto Ci zapłaci? Ludzie tracą nadzieję, wielu się poddaje i w przeciwieństwie do starszych pokoleń, nie decyduje się na kontynuowanie nauki. Myślę, że gdyby wszystkim dzieciom, znajdującym się w obozach, dano szansę, mogłyby być świetnymi inżynierami, lekarzami.

Wszystkim, o czym teraz marzą dziewczyny w moim wieku, jest ślub. Traktują to jako jedyną możliwość, jako wybawienie. To frustruje nawet moją mamę, która zawsze podkreśla, że Saharyjki takie nie są. Że ani ona, ani moja babcia nie podchodziły tak do małżeństwa, to nie nasza kultura, to nie nasza tradycja. Mama zawsze opowiada, że nigdy nie widziała, żeby moja babcia robiła cokolwiek w domu, czy nawet przygotowywała herbatę. To wszystko było obowiązkiem mężczyzny. Kobieta miała ładnie wyglądać, jako matka zajmowała się dziećmi i tyle, ale nigdy nie służyła mężczyźnie. Teraz to się zmienia.

Najgorsze, że dziewczyny w moim wieku nie wiedzą, czym tak naprawdę jest małżeństwo, na co się piszą. Moja babcia wyszła za mąż mając jakieś 14 lat, urodziła pierwsze dziecko mając 16 lat, ale teraz, w naszym społeczeństwie, w obozach, coś takiego się nie zdarza. W moim pokoleniu nie znajdziesz raczej dziewczyn, które wychodzą za mąż mając mniej niż 18-20 lat, a mimo tego, one nadal są dziećmi, kompletnie nieprzygotowanymi do czekającej je roli.

W naszym społeczeństwie tematy związane z seksem, z okresem dojrzewania nadal stanowią tabu. W Europie jest edukacja seksualna, uczą Cię tego, czym jest okres, jesteś przygotowana i tylko czekasz. W obozach nie ma czegoś takiego. Dowiadujemy się o wszystkim od starszych koleżanek, kuzynek, mamy czy cioci, ale to nie zawsze są kompletne informacje, czasami przekazywane we wstydliwy sposób. Najgorsze doświadczenia mają te, które o okresie nie słyszały od nikogo i pewnego dnia zauważają, że krwawią. Wiesz, że gdy krwawisz, to nic dobrego, coś musi być nie tak i taka dziewczyna zaczyna płakać ze strachu. To jedna z najgorszych rzeczy, jakie mogą przytrafić się dziewczynie. Podobnie sprawa się ma z nocą poślubną. Dziewczyny plotkują między sobą, ale często jest tak, że gdy przychodzi co do czego, zaczynają płakać, nie wiedzą, co się dzieje. Niedługo potem zostają matkami. Właśnie dlatego edukacja jest tak bardzo potrzebna.

Nie tęsknię za obozem, tęsknię za rodziną

Co było trudne w życiu w obozie? Gdy mieszkałam tam na stałe, niewiele było trudne. Dla Ciebie wszystko to, co masz, wszystkie wygody, wszystko, co Cię otacza, jest zupełnie normalne. Dla mnie normalne było tego nie mieć. Jeżeli zapytasz mnie teraz, co trudnego jest w życiu w obozie, powiedziałabym, że obóz to horror.

Wyobraź sobie, że musisz oszczędzać wodę, bo po prostu jej nie ma i nie jesteś w stanie umyć włosów codziennie, tylko raz na tydzień. Nie robisz tego pod prysznicem. Masz zbiornik z wodą, kubek, nabierasz nim wodę i polewasz włosy. Cały czas się schylasz, bolą Cię plecy. Takich drobiazgów, które utrudniają życie, jest całe mnóstwo. Teraz już nie potrafię spać na ziemi, na dywanie, tak jak kiedyś. Wszyscy śpią na ziemi, ale ja muszę mieć materac, po prostu nie mogę inaczej.

W obozach okropnie doskwiera brak prywatności. Nie możesz nic zrobić sama, w naszej kulturze wszyscy są zawsze razem, więc gdy potrzebujesz chwili dla siebie myślą, że coś z Tobą nie tak. Po obiedzie wszyscy idą się zdrzemnąć, a ja tylko szukam miejsca, w którym mogłabym być sama, porobić coś na telefonie, poczytać książkę, cokolwiek. Jednak nawet wtedy jest trudno, zaraz podbiega jakiś mały kuzyn albo kuzynka i krzyczy „Aliaa, Aliaaaa, gdzie jesteś?”.

Z jedzeniem też nie jest łatwo. Nie lubię mięsa, jem je sporadycznie, a w obozie nie masz nic innego. Na okrągło je się mięso, to ich ulubione jedzenie. Praktycznie cały czas będąc tam, jem sam chleb z serem. Jeśli mogę dostać ser. Albo pomidory. Albo cokolwiek, byleby to nie było mięso. W obozach naprawdę trudno o dobre jedzenie. Możesz kupić sok, tak samo jak lody, ale praktycznie nie da się tego jeść, bo to niemal sam cukier. Jedyną rzeczą, za którą tęsknię, jest rodzina. Uwielbiam z nimi przebywać, siedzieć, rozmawiać, śmiać się pijąc herbatę. Nie tęsknię za obozem samym w sobie, tam nie ma za czym tęsknić.

Zawsze jestem szczęśliwa w obozie

Moje obozowe doświadczenia sprawiają, że patrzę na świat zupełnie inaczej, że doceniam to, co mam. Ludzie w moim otoczeniu, żeby byli szczęśliwi, muszą mieć nowe rzeczy, najnowsze telefony, wszystkie inne dobra materialne, a dla mnie to bez znaczenia. Dla mnie radością jest bycie z rodziną. Teraz myślę, że potrafię być o wiele szczęśliwsza, niż inni. Nie muszę być w najlepszym miejscu na świecie, czy mieć najlepszych rzeczy, by być rzeczywiście szczęśliwą.

Czy potrafiłabym być szczęśliwa, gdybym musiała wrócić do obozu dla uchodźców? Zawsze jestem szczęśliwa w obozie, będąc w otoczeniu moich bliskich. Problem jest jedynie taki, że już po prostu nie potrafię żyć tamtym życiem. Przez pierwszy tydzień przyzwyczajam się do obozu, do wszystkiego, co inne, do wszechobecnego piasku i kurzu. To dla mnie trudne, bo uwielbiam porządek, uwielbiam sprzątać, a tam nie ma na to szans.

Przez rozgrywki polityczne cierpią ludzie tacy jak ja, jak moja rodzina

Historycznie, zawsze powtarza się ten sam schemat. Silniejsi troszczą się o samych siebie, dbają o swoje rozrywki, a nikt nie przejmuje się tymi słabszymi. Dla mnie to nie jest tylko teoria, to dotyka mnie osobiście i sprawia, że czuję obrzydzenie. To Stany Zjednoczone i Francja umożliwiły Maroku okupację mojego kraju. Ci sami ludzie, przez których jestem uchodźczynią, postrzegają mnie jako kogoś mało znaczącego i nie zapewniają nam pomocy. Dlaczego jako ludzie, jesteśmy tacy dla siebie wzajemnie? Dlaczego jesteśmy w stanie poświęcić dobro innych dla własnego komfortu i władzy?

Wiem, że nikt nam nie pomoże, nikt nic nie zrobi. To my musimy rozwiązać problem. Jeżeli będziemy tylko czekać, nie doczekamy się nigdy. Wojna nie jest rozwiązaniem, nigdy nie była. Sprawianie, że ludzie na świecie wiedzą o nas więcej, może trochę pomóc, ale prawdziwe rozwiązanie musi wyjść od nas samych.

Gdy ktoś mówi, że jestem Marokanką, zastanawiam się skąd to stwierdzenie? Nie łączy nas nic. Nie mamy wspólnej historii, posługujemy się różnymi językami, mamy różną kulturę, Moi rodzice nie są Marokańczykami, moi dziadkowie też nigdy nie byli. Maroko było kolonią francuską, my byliśmy kolonizowani przez Hiszpanię. Nie mamy absolutnie nic wspólnego, poza religią. Gdy słyszę, że może powinniśmy odpuścić i dołączyć do Maroka, wzbiera we mnie złość. Moi dziadkowie walczyli o swój kraj, o swoją tożsamość. Wielu ludzi straciło z tego powodu życie, miałabym wzgardzić ich poświęceniem, ich honorem, a wszystko dla komfortu?

Czasami zastanawiam się, co by było gdyby

Mam 18 lat, wyjechałam 7 lat temu. Nie potrafiłabym wrócić i ponownie tam zamieszkać. Uczę się, planuję studia, dostałam niesamowitą szansę i chcę ją wykorzystać. Na pewno będę odwiedzać obozy. Tam jest moja rodzina, moje korzenie. W każde wakacje moja mama zabiera tam mnie i moich dwóch młodszych braci.

Mimo wszystko muszę myśleć o sobie. Fakt, że pochodzę z obozów dla uchodźców, że tylu innych ludzi nadal tam mieszka, ma ogromny wpływ na moje życie. Nie mamy własnego państwa, nie mamy dokąd wracać. Algieria to też nie jest mój kraj, nie mamy tej samej kultury, jesteśmy tam gośćmi. Nie chcę zmarnować tego, co udało mi się osiągnąć, nie wiem, co będzie dalej. Jesteśmy w obozach od niemal pół wieku, a co będzie dalej? Jak długo można tak trwać i czekać? Co się stanie, jeżeli nie odzyskamy niepodległości? Co z nami będzie? Dokąd wtedy pójdziemy? Boję się tego. Wiem, że już teraz muszę zadbać o swoją przyszłość.

Czasami zastanawiam się co by było, gdyby… Gdybym urodziła się w innym miejscu… Gdyby generał Franco nie umarł, gdyby nie dopuszczono do zielonego marszu… Jak wtedy wyglądałoby moje życie? Tych „gdyby” jest tak wiele, ale to niczego nie zmienia. Nigdy nie płakałam z tego powodu i nigdy nie będę. Takie jest życie, takie jest moje przeznaczenie.

Mimo wszystko dziękuję Bogu, że moje życie potoczyło się w ten sposób. Dzięki temu, jak moje życie wyglądało kiedyś, mogę docenić to, co mam teraz. Mamy jedno życie, wszystko, co możemy zrobić to przeżyć je tak bardzo szczęśliwie, jak tylko potrafimy.