Życie w Afryce

Jak kupuje się mięso na afrykańskiej prowincji?

W Polsce kupno mięsa było tak prozaiczne, że nawet nie zaprzątałam sobie głowy myśleniem na ten temat.

Supermarket – i wybierasz zapakowany próżniowo kawałek albo na stoisku mięsnym prosisz o dowolną ilość. Uśmiechnięta osoba za ladą zakłada rękawiczki i na czyściuteńkim blacie kroi, mieli, pakuje i podaje. Kupowałam to mięso, zupełnie nie zastanawiając się nad tym, skąd ono tak naprawdę pochodzi. Niby wiedziałam, że to zwierzę – ale jednak sposób, w jaki jest sprzedawane, sprowadza je tylko do postaci wyrobu. Wybierasz, zwracasz uwagę, czy świeże, sprawdzasz datę ważności, skład, producenta i to wszystko.

Naturalnie i bardziej świeżo, niżbym chciała

O składy tutaj zdecydowanie martwić się nie musimy – wszystko jest naturalne i świeże. Nie bez powodu zresztą u nas w domu większością zakupów zajmuje się mój mąż. Szczególnie gdy wiąże się to z wypadem na souk lub kupnem mięsa, ryb czy kurczaka. Bo mięsa – w szczególności kurczaka – nie jestem w stanie sama kupić. Powód jest prosty – dotychczas żyłam w błogiej nieświadomości odnośnie tego, skąd się one biorą. Bo jak się okazuje, wcale nie z supermarketu.

 

 

Korpusy baranów i głowy krów wiszą na wolnym powietrzu, zaraz przy ulicy, a ludzie przechodzą obok, jakby to był najzwyczajniejszy widok na świecie. Na ladzie znajdują się kawałki mięsa, obok stoi szklanka z kawą, a w tle stoją ogromne drewniane pnie, na których tasakami rąbane są większe części mięsa. Nikt nie zawraca sobie głowy higieną, czy standardami przechowywania – ma być względnie czysto i po problemie.

Sprzedawca ukroi i poda nam wybrany kawałek, weźmie od nas pieniądze, wyda resztę, ugryzie trochę chleba i skupi się na kolejnym kliencie, nie myjąc w międzyczasie rąk. Kupowanie mięsa – mimo że początkowo robi wrażenie – dostarcza jednak znacznie mniej emocji niż kupno kurczaka.

Kurczaka, moi drodzy, kupujemy świeżego.

Słowo świeży jest tutaj kluczowe. Opcje są dwie – w okolicy mam sklepik, w którym na ladzie, na słoneczku, leżą sobie zgrabnie poukładane piersi i udka, obok piętrzą się jajka, sprzedawca w białym kilcie opiera od niechcenia o blat, paląc przy tym papierosa. Jeżeli podejdziemy bliżej, uderzy nas okropny zapach, usłyszymy gdakanie i zobaczymy, że za niewysokim murkiem stłoczonych jest kilkanaście kur, które znoszą jajka, czekając na dokonanie swojego żywota. Opcja druga to souk, gdzie kury znajdują się albo w klatkach przy ulicy, albo na wybiegach wewnątrz “sklepów”, gdzie mają więcej swobody. A klient proszony jest o wybranie tej, którą chce, żeby mu zabito. I nawet można – a właściwie należy – zgodnie z tutejszym zwyczajem, sobie popatrzeć.

Gdy stanęłam wobec konieczności samodzielnego kupienia kurczaka, zrobiłam furorę na lokalnym souku.

Gdy jakiś czas temu mój mąż wyjechał, poprosiłam o pomoc w zakupach Hassnae, moją koleżankę, która się tutaj wychowała, więc widoki, które mnie odstraszają, są dla niej normą. Nie przewidziałam jednak jednego – dla niej to tak normalna sprawa, że do głowy jej nie przyszło, że proszę ją o pomoc z jakiegokolwiek innego powodu, niż bariera językowa.

Wybrałyśmy się na targ, który w godzinach wieczornych jest niesamowicie tłoczny i gwarny. Trudno zorientować się, w której jego części jesteśmy, co chwila ktoś coś krzyczy, ktoś inny prosi o jedzenie. Potykamy się o siedzącą na ziemi osobę, starszą pani z torbami, która najwyraźniej bardzo się spieszy, rozpycha się między nami. Hassnae widząc moją dezorientację, złapała mnie za rękę i zaciągnęła w boczną uliczkę, prowadząc do sporego pomieszczenia przedzielonego na pół prowizoryczną ścianą. Nim dotarły do mnie pozostałe bodźce, po zapachu zorientowałam się, że jesteśmy w kurzej rzeźni. Hasnae jakby nigdy nic zapytała “Chciałaś dwie? To wybierz, które mają Ci zabić” wskazując na stado gdakających kur. Nie jestem w stanie opisać mojej paniki, gdy zdałam sobie sprawę z tego, o co mnie poproszono. Pobladłam, zrobiło mi się słabo i momentalnie zdecydowałam, że wolę się wystawić na pośmiewisko, niż zostać tam chociażby sekundę dłużej. I ku zdziwieniu wszystkich dookoła wybiegłam, stając się tym samym bohaterką anegdotki opowiadanej przez kilka następnych dni 😉

Nieustannie zadziwia mnie jednak to, że nadal nie zostałam wegetarianką, ani dotychczas nie przechodziłam zatrucia pokarmowego 😉