przeprowadzka na sahare
Życie w Afryce

Rocznica przeprowadzki na Saharę

Właśnie mija rok, który obfitował w tak wiele wydarzeń i skrajnych emocji, że mogłabym nimi obdzielić całą dekadę

Przeglądam zdjęcia sprzed przeprowadzki i próbuję sobie przypomnieć, jakie uczuciami towarzyszyły. Złość, że muszę zostawić wygodne życie, smutek, że pozbywam się ukochanego mieszkania, irytacja, bo byłam przekonana, że wszystko zmieni się na gorsze, tęsknota, bo nie widziałam się z mężem od 2 miesięcy, ekscytacja w oczekiwaniu na coś nowego. I chyba przede wszystkim strach, który spychałam w dalekie zakątki świadomości i maskowałam działaniem zadaniowym.

Z perspektywy czasu podziwiam samą siebie, że potrafiłam stawić czoła wszystkiemu, z czym przyszło mi się zmierzyć. Sama w obcym kraju, bez znajomości języka, musiałam dopełniać formalności, zamykać konta w banku, sprzedawać meble i decydować co spakować, a co zwyczajnie zostawić.

Nie wiedziałam na jak długo, czy kontrakt męża będzie przedłużony, czy zostaniemy tam tylko przez kilka miesięcy. Nie wiedziałam, jak się w tym wszystkim odnajdę. Momentami ogarniała mnie panika potęgowana tym bardziej, że moje zdrowie zaczynało szwankować, a wiedziałam, że w nowym miejscu nie mogę liczyć na dobrą opiekę medyczną.

Nie, wbrew pozorom mąż nie wywiózł mnie na pustynię

Gdy planowaliśmy moją przeprowadzkę, wszyscy dookoła dziwili się, że chcę pojechać w takie miejsce i wieść takie życie. Do ostatniej chwili znajomi mojego męża byli przekonani, że żartuję i w rzeczywistości wracam do Polski. W końcu pochodzą z różnych części Afryki i najlepiej wiedzieli, na co się piszę. Dopiero na lotnisku, gdy udałam się w stronę stanowisk odprawy Royal Air Maroc, dotarło do nich, że naprawdę przeprowadzam się na pustynię.

A ja zwyczajnie chciałam być z mężem. Z mężem, który nawiasem mówiąc, mocno obawiał się mojego przyjazdu. W końcu on zna mnie najlepiej, był świadkiem tego, jak trudno znosiłam przeprowadzkę do Tunisu. A Tunis to nie koniec świata, to miejsce na styku kultur, gdzie na osiedlu dla obcokrajowców wiodłam sobie zwyczajne, europejskie życie, niekiedy tylko oglądając z daleka trudną rzeczywistość Tunezyjczyków.

Mąż próbował mnie przekonać, żebym się nie przeprowadzała. Żebym została w Tunisie, wróciła do Warszawy, dołączyła do jego siostry w Dubaju, albo chociaż zgodziła się zamieszkać sama w Agadirze czy w Las Palmas. Stresował się bardziej ode mnie i z góry założył, że sobie nie poradzę. Że tutejsze życie nie jest dla mnie, że będziemy się nieustannie kłócili, że wyjadę szybciej, niż mogę to sobie wyobrazić. Martwił się moim zdrowiem, chciał mieć pewność, że będę miała zagwarantowane wszystko, co potrzebne, aby poczuć się lepiej. A ja się uparłam i wyposażona w instrukcje lekarza dotyczące postępowania w sytuacji kryzysowej i zapas leków, wsiadłam w samolot i ostatecznie zamknęłam za sobą poprzedni rozdział życia.

Byłam strasznie naiwna, myśląc, że jestem w stanie przygotować się na cokolwiek

Prawdę mówiąc, przed wyjazdem nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, na co się decyduję. Nie byłam pewna, czego się spodziewać, więc trochę w ciemno nastawiłam się na najgorsze. Takie najgorsze, którego nie do końca byłam w stanie zdefiniować. Teoria to jedno, można przeczytać wszystkie książki i obejrzeć wszystkie filmy, ale zderzenie z rzeczywistością zawsze dostarcza emocji. Inna jest perspektywa turysty, inna osoby przyjeżdżającej na kilka tygodni, a inna rezydenta czy mieszkańca.

Wiedziałam, że miejsce, w którym przyjdzie mi mieszkać, jest tradycyjnym i biednym obszarem. Spodziewałam się, że nie zobaczę kobiet w dżinsach (niesłusznie) i że nie wszystko, do czego przywykłam, będzie dostępne. Że zapewne zetknę się z ogromem biedy. Równocześnie tłumaczyłam sama sobie, że przesadzam, bo mimo wszystko jadę do sporej miejscowości, większe miasta oddalone są maksymalnie o godzinę lotu i tak naprawdę wszędzie można się dość wygodnie urządzić. Towarzyszyła mi nieustanna huśtawka nastrojów od “dam sobie radę i wszystko będzie ok” po pełne złości “Dlaczego mi się to przytrafiło?

Gdy wylądowałam, zastanawiałam się, co najlepszego zrobiłam

Maleńkie, ale zadbane lotnisko początkowo podniosło mnie na duchu, jednak widoki roztaczające się dookoła przyprawiły mnie o zawroty głowy. Próbowałam robić dobrą minę do złej gry, nie dać po sobie poznać, jak bardzo zszokowało nie to, co zobaczyłam. Nie chciałam  na wstępie denerwować siebie ani męża, szczególnie po kilkutygodniowej rozłące, ale w tamtym momencie chciałam wsiąść w samolot i wrócić tam, skąd przyleciałam.

W ciągu jednego popołudnia, jednego przejazdu z lotniska do mojego nowego domu nagromadziło się we mnie tyle emocji, że wieczorem wybuchłam. Nie potrafiłam sobie wyobrazić siebie w tej nowej, obcej rzeczywistości. Nie wyobrażałam sobie, jak będę funkcjonować w świecie, który wydaje się tak brutalnie inny.

Przez pierwsze tygodnie nie wychodziłam z domu

Zwyczajnie zbierało mi się na łzy, ilekroć widziałam ogrom otaczającej nas biedy. Nie potrafiłam sobie poradzić ze wzbierającym we mnie poczuciem bezsilności. Nie chciałam zaakceptować tego, że moje życie przybrało taki obrót. Z niedowierzaniem wpatrywałam się w ten zupełnie inny świat i zastanawiałam się, jak się w nim odnajdę? W jaki sposób przejdę do porządku dziennego nad tym, z czym przyszło mi się zmierzyć?

Koncentrowałam swoją codzienność wokół domu, spędzałam całe dnie w naszym mieszkaniu, wychodząc jedynie na taras i starając się oswoić rzeczywistość. Mąż robił wszystko, aby było mi łatwiej, chociaż wiem, że kosztowało go to ogromnie dużo cierpliwości i czasami brakowało mu siły. Staliśmy rozdarci pomiędzy chęcią bycia razem a codziennymi trudnościami, które trudno było przezwyciężyć.

Do tej pory pamiętam dzień, kiedy pierwszy raz wyszłam z domu, żeby pojechać na większe zakupy. Wpatrywałam się w odrapane budynki z okna samochodu i coraz mocniej zaciskałam pięści. Z całych sił starałam się powstrzymać łzy, które wzbierały w moich oczach i które spływają mi po policzkach nawet teraz, na wspomnienie tamtych chwil. Zobaczyć po raz pierwszy z bliska świat, dla którego słowo “skromny” urasta do rangi luksusu, było wyzwaniem dla mojej wewnętrznej, rozpuszczonej pannicy.

Złościłam się na to, co widziałam, a nie na to, co było moją codziennością. Chciałam odwracać wzrok, a wiedziałam, że ludzie, których mijam, nie mają takiej możliwości. Trudy ich życia, które tak niełatwo przychodziło mi obserwować, są dla nich rzeczywistością, od której nie ma ucieczki, gdzie nie da się spojrzeć w inną stronę. Do tej pory mierzi mnie hipokryzja, która kryje się za moją chęcią wyprowadzki. Ja mogę wyjechać, ale tutaj nadal nic się nie zmieni. Jedyna różnica polega na tym, że nie będę musiała patrzeć na to każdego dnia.

Ludzie zmieniają wszystko

Momentem przełomowym okazało się poznanie fantastycznych kobiet, które pracują razem z moim mężem. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam takiego ogromu troski i serdeczności ze strony obcych osób. Zostałam wzięta w opiekę i stałam się częścią ich grupy. Tak zwyczajnie, z marszu, bez najmniejszych oporów, jak gdyby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie.

Gdy kobiety potrafią okazać sobie wsparcie, dzieją się fantastyczne rzeczy. Nasza odmienność, zamiast nas poróżnić, stała się czymś, co zespala. Każda z innego kraju, każda innego koloru skóry, one – chrześcijanki i ja muzułmanka. “Gdy jesteś za granicą, to znajomi stają się Twoją rodziną” usłyszałam z ust kilkanaście lat starszej ode mnie czarnoskórej kobiety, będącej częścią chrześcijańskiego odłamu, a którym nigdy wcześniej nie słyszałam.

Teraz, po roku spędzonym w miejscu, które początkowo było tak nieprzyjazne, że nie chciałam się nawet rozpakowywać, moja rodzina powiększyła się o kolejne osoby. Już nie chcę uciekać, a myśląc o ewentualnej wyprowadzce, wiem, że będę tęskniła.

Życie tutaj z jednej strony jest trudne, a z drugiej wyzwalające

Odkryłam piękno w pozornej brzydocie, a wszelkie trudy nauczyły mnie doceniać to, co mam. Czasami ciągle jest mi smutno, ogarnia mnie poczucie bezsilności, szczególnie gdy widzę ogrom niesprawiedliwości dookoła. Równocześnie cieszę się, że moje życie przybrało taki obrót. Cieszę się, że mam tę niepowtarzalną szansę poznać świat, którym kiedyś nie zaprzątałam sobie nawet głowy. To dla mnie świetna lekcja, bo uświadomiłam sobie jak wiele mam i jak bardzo tego nie doceniam. Zobaczyłam, jak wiele marnuję, zarówno materialnie, jak i w kwestii danych mi możliwości. Zostałam zmuszona do tego, aby przedefiniować swoje wartości i zmienić priorytety. Dostrzec, jak niewiele potrzeba, aby być szczęśliwym.