Podróże

Nasza marokańska podróż – czyli dlaczego prędko nie wrócę w góry Atlas

Góry pojawiły się w planie naszej podróży zupełnie przypadkowo. Przylecieliśmy do Agadiru i planowaliśmy się udać prosto do Marrakeszu, ale czułam niedosyt na myśl o kilku godzinach jazdy autostradą, gdy nieopodal rozpościerały się pasma gór Atlas. Początkowym zamysłem było podziwiać je z daleka, do czasu, gdy zaczęłam uważniej przyglądać się mapie i zobaczyłam, że do Marrakeszu można dojechać także nieco mniej dostępną, ale za to o wiele ciekawszą, drogą. W tym momencie żadna siła nie zdołałaby mnie odwieść od tego pomysłu. Wiedziałam, że przejazd zajmie nam ponad dwukrotnie więcej czasu niż standardowo, wiedziałam, że będzie górzyście, ale co tam – przecież jechałam już górskimi drogami i było fantastycznie. Zupełnie zapominając o tutejszych realiach, naiwnie przyjęłam, że droga nie będzie się wiele różnić od tej w Emiratach Arabskich.

Trasa, którą wybrałam to w sumie około 340 km, ale przewidywany czas przejazdu to ponad 7 godzin – możecie sobie wyobrazić, jak wyglądała droga, z którą przyszło się nam zmierzyć. Podzieliłam ten etap na dwie części – pierwszego dnia góry, a kolejnego Marrakesz. Tym samym do przejechania mieliśmy odpowiednio 275 km (prawie 6 godzin) do Imlil i 67 km (półtorej godziny) z Imlil do Marrakeszu.

Noclegi w górach i w Marrakeszu zarezerwowałam z wyprzedzeniem – to były jedyne miejsca, co do których miałam względną pewność, kiedy się tam zatrzymamy i nie było sensu szukać niczego na ostatnią chwilę. Początkowo planowałam Ouirgane, położone nad malowniczym jeziorem, ale w miarę przeglądania kolejnych hoteli natknęłam się na Imlil – miejscowość oddaloną o około 40 minut drogi, położoną głęboko w górach o widokach, które już na zdjęciach zapierały dech w piersiach. Wygodne łóżko i balkon, z którego będę mogła się wpatrywać w ośnieżone górskie szczyty, to było wszystko, czego chciałam.

Po nocy spędzonej w Agadirze, skromnym hotelowym śniadaniu i ostatecznym przeglądzie samochodu zaczęliśmy kluczyć ulicami miasta, poszukując drogi wyjazdowej. Jak się okazało, każde z nas szukało zupełnie innej, bo pomimo początkowych ustaleń, że trasę planuję ja, mój mąż stwierdził, że to nierozsądne jechać przez 7 godzin, jeżeli możemy obrócić w 3. W tym momencie na prawdę chciałam wracać i byłam gotowa przebookować bilet powrotny od ręki, bo jeżeli mam odpuścić góry, równie dobrze mogę odpuścić całość. W strzelaniu fochów jestem ekspertką, więc podniesiony głos i łzy odniosły zamierzony skutek, bo skierowaliśmy się ku trasie, na której mi zależało – czego wkrótce miałam gorzko pożałować.

Droga z Agadiru aż do podnóża gór Atlas jest przyzwoita – miejscami lepsza, miejscami gorsza, niekiedy wyboista, ale nie daje większych powodów do narzekania. W międzyczasie, im bardziej oddalamy się od popularnych wśród turystów miejsc, tym więcej autentycznego Maroka możemy zobaczyć. Prawdziwego, innego niż kolorowe tajine, skórzane pantofle i zdobione bramy. Takiego, gdzie dzieciaki jadą w trójkę na jednym rowerze, mężczyźni wypasają owce, kobiety przebierają w warzywach na targu, a starsi ludzie prowadzą za uprząż osła ciągnącego wóz siana. Takiego, gdzie domy zupełnie odbiegają od naszego wyobrażenia na ten temat, gdzie rozpościerają się sady oliwkowe i arganowe. Chłonęłam te widoki całą sobą. Na chwilę przestałam być tutejsza, a stałam się turystką, zewnętrznym obserwatorem, który zachwyca się egzotyką. Kilka chwil wystarczyło jednak, żebym zaczęła się zastanawiać, jak musi wyglądać ich codzienność. Jak zarabiają na życie, czy bywają głodni, czy stać ich na wysłanie dzieci do szkoły. Z niedowierzaniem wpatrywałam się w wyschnięte koryta kolejnych rzek i monotonny krajobraz, który zachwyca swoim pięknem.  Malownicze i sielskie z perspektywy turysty życie, które w rzeczywistości wypełnione jest ogromem trosk i ciężkiej pracy.

Dzień do jazdy był wymarzony, bo pochmurna pogoda bez deszczu, gwarantuje przyjemny chłód i chroni przed uporczywym słońcem, które potrafi dać się we znaki na dłuższą metę. Ze względu na chmury przyszło mi jednak długo czekać, aż dane mi będzie zobaczyć chociażby zarysy upragnionych gór. W międzyczasie zaczęliśmy się oddalać od miasteczek i droga stawała się węższa i coraz bardziej wyboista zaczynając budzić mój niepokój. Niesamowicie podobało mi się ukształtowanie terenu w tamtym rejonie – w Polsce równiny przechodzą w pagórki i coraz wyższe góry, a tutaj zupełnie inaczej – z równin wyłaniają się wzniesienia i wyraźnie widać kiedy dokładnie wjeżdżamy na teren górzysty. A ten przywitał nas utwardzoną drogą pozbawioną asfaltu. Jeżeli tak wyglądają niższe partie, jak musi być w wyższych i trudniej dostępnych? Nie zaprzątałam sobie tym głowy zbyt długo, bo zapierające dech w piersiach widoki skutecznie rozproszyły moją uwagę. Tego nie będę Wam opisywać – po prostu kliknijcie w zdjęcia, które i tak nie oddają nawet ułamka rzeczywistych widoków.

Tym, z czego nie zdawałam sobie sprawy wcześniej, są wysokości. Liczby to tylko liczby i trudno przełożyć je na rzeczywistość – dopiero na miejscu uświadomiłam sobie, że 2000 m n.p.m. może sprawiać bezkresne wrażenie. Kolejną kwestią jest droga, która w niczym nie przypominała bezpiecznej i szerokoiej jezdni prowadzącej na Jebel al-Jais. Barierki ochronne znajdują się jedynie na niektórych bardziej niebezpiecznych zakrętach, a w większości miejsc zabezpieczeń nie ma żadnych – asfalt, odrobina piaskowego pobocza i przepaść w dół. O ile początkowo serce biło mi mocniej z ekscytacji, o tyle z czasem zaczęła ona ustępować miejsca strachowi. Gdy droga, którą już wcześniej uważałam za niebezpieczną, nagle zwęziła się do takiej na dwa konie, z naprzeciwka nadjeżdżał samochód, nasze auto kołami było na poboczu i mogłam usłyszeć spadające pod naporem kół kamienie zaczęłam panikować. To taka chwila, kiedy wiesz, że nie ma odwrotu. Bo droga, którą przejechałaś jest równie niebezpieczna jak ta, którą masz przed sobą i zwyczajnie chciałoby się siąść i płakać. Nie ma jak wracać, nie chce się jechać dalej. W tym momencie przestałam też robić jakiekolwiek zdjęcia, bo mimowolnie zapierałam się rękami i nogami, a początkowe „nie patrz w dół, nie patrz w dół”, przerodziło się w „OMG! Nie patrz przed siebie!”. Nie mogłam sobie jednak pozwolić na jakiekolwiek wyrażanie moich obaw na głos, bo nie chciałam przestraszyć męża, który całą swoją uwagę koncentrował na drodze i ostatnią rzeczą której potrzebował, była panikująca kobieta. Okazało się jednak, że najgorsze jeszcze przed nami.

Podróż w dwójkę wymaga sporej dozy zaufania. W niepisanym układzie każde z nas odpowiedzialne było za coś innego – mój mąż za samochód i bezpieczne dowiezienie nas na miejsce, a ja za nawigację. Wielokrotnie musiałam powstrzymywać swoją wewnętrzną wredną babę, przed udzielaniem złotych rad i krytykowaniem stylu jazdy, a on musiał bezwarunkowo wierzyć, że gdy mówię „skręć w lewo”, to znaczy, że faktycznie ma skręcić, a nie zastanawiać się, analizować i twierdzić, że jednak nie. Odpowiedzialność za samochód to też odpowiedzialność za poziom paliwa w baku samochodu. Logicznym dla mnie było, że wypożyczając samochód wskaźnik paliwa powinien wskazywać max i w takim samym stanie należy go zwrócić. Z tym – jakże naiwnym przekonaniem – ujechaliśmy spory kawał drogi, nim kontrolka zaczęła mrugać. Ale nic to – w końcu będąc w większej miejscowości nie mieliśmy problemu ze znalezieniem stacji benzynowej i zupełnie logicznym było dla mnie to, że mając w perspektywie kilka godzin jazdy przez góry bak napełnia się całkowicie. Otóż nie, jeżeli jest się Arabem, który w dodatku jest przyzwyczajony do tego, że samochód dostaje zawsze zatankowany i nie zdaje sobie sprawy, jak szybko zużywa się paliwo na górzystej drodze. A przekonałam się o tym, gdy niemal w połowie drogi przez kręte górzyste drogi, mój drogi mąż poinformował mnie, że kontrolka paliwa zaczęła mrugać.  W takiej chwili jedyne co można zrobić, to nie mówić nic, bo żadne krzyki nie sprawią, że stacja paliw zmaterializuje się w najbliższej okolicy. Z mieszaniną paniki i złośliwej satysfakcji przeglądałam mapę – przed nami dwie wsie, większa i mniejsza, a najbliższe miasteczko oddalone o grubo ponad godzinę drogi. Kiedyś bym się pewnie bardziej stresowała,  ale tutaj wiedziałam, że i cała wina i odpowiedzialność leżą po stronie mojego męża, więc niech on się martwi. Najwyżej spędzimy trochę czasu czekając, aż ktoś się zlituje i odsprzeda nam trochę benzyny. Ale – dobry Boże – jakimś cudem, w maleńkiej wiosce na 3 domy, pośrodku gór, wyrosła przed nami stacja benzynowa. Jeśli myślicie, że to była dla mojego męża nauczka, żeby zatankować do pełna, to pamiętajcie, że jest Arabem 😉

Wjeżdżaliśmy już na ponad 2000 m n.p.m., mijaliśmy się na wąskiej drodze z autobusem, martwiliśmy się niedoborami paliwa, coś jeszcze może się wydarzyć? Ano może. Jak się wjechało pod górę, to teraz trzeba z niej zjechać. Równie krętą drogą, bez barierek ochronnych na zboczach i ze znakami ostrzegającymi przed spadającymi kamieniami. Nigdy – NIGDY – tak bardzo się nie bałam. Tak bardzo, że zamiast klnąć zaczęłam się modlić i żegnać z życiem, błagać męża, żeby zwolnił po to tylko, żeby uświadomić sobie, że jedziemy jedynie 30 km/h. Z prawej przepaść, z lewej kolejne rozpędzone auto i żadnemu kierowcy nawet do głowy nie przyjdzie, aby zwolnić lub ustąpić pierwszeństwa. Zaczęłam oddychać z ulgą dopiero, gdy spostrzegłam na mapie, że wszystkie serpentyny zostawiliśmy za sobą – wtedy też wiedziałam, że w porównaniu do naszego statusu jeszcze chwilę temu, jesteśmy względnie bezpieczni.

Nie zrozumcie mnie źle – widoki zapierają dech w piersiach i wspaniale wspomina się te chwile siedząc wygodnie w fotelu, ale były chwile, gdy myślałam, że te widoki przypłacę życiem. Z lekką paniką uświadomiłam sobie, że czeka nas jeszcze jeden podjazd pod górę – w końcu inteligentnie zaplanowałam nocleg z widokiem na Jebel Toubkal, czyli najwyższy szczyt Afryki północnej. Rozżalona wpatrywałam się w Oued n’ Fis, które zostawialiśmy za sobą i psychicznie przygotowywałam się na kolejną podróż pod górę. Tym razem mniej stromo, bez tak ostrych zakrętów, ale jak się okazało, wciąż z dodatkowymi wrażeniami, potęgowanymi wąską, niekiedy pełną wyrw drogą i nadjeżdżającymi z naprzeciwka rozpędzonymi autami. Wszystko to wynagrodził nam jednak widok miasteczka, w którym mieliśmy się zatrzymać. Malowniczo osadzone na wzgórzu, jednolite w kształcie i kolorystyce budynki, które razem tworzyły niezwykle urokliwy obraz. Problemem było jedynie odszukanie riadu, w którym mieliśmy się zatrzymać, a który okazał się być ukryty w przepięknym, choć trudnodostępnym zakątku. Nie znaleźlibyśmy tego miejsca, gdyby nie pomoc miejscowych, którzy byli niezwykle przyjaźnie nastawieni i zaprowadzili nas pod same drzwi.

Imlil to było właśnie to, czego potrzebowaliśmy oboje. Spokojne i tak ciche, że ta cisza stawała się wręcz namacalna, a przerywana była jedynie od czasu do czasu beczeniem kozy. Nieopodal strumyk, w oddali ośnieżone szczyty gór i przyjemny chłód, którego się nie spodziewałam. Powitano nas najlepszą marokańską herbatą, jaką do tej pory piłam i poczęstowano najlepszym marokańskim chlebem, jaki kiedykolwiek miałam okazję spróbować. O tym miejscu nie można napisać wiele, bo niewiele się tam dzieje. To okazja do kontaktu z naturą i wyciszenia, do naładowania baterii i oderwania się od codziennego pędu. Z okien można podziwiać widok na góry, zjeść obiad na tarasie i rozkoszować się rześkim powietrzem. Żałowałam, że zostajemy tam tylko jedną noc i właśnie to miejsce jest dla mnie najbardziej wyraziste we wspomnieniach, mimo że nie oferuje niczego, poza naturą.

Gdy już zostaliśmy obudzeni pianiem koguta, robiłam wszystko, żeby jak najbardziej opóźnić wyjazd. Co prawda temperatura 3°C była dla nas lekkim szokiem, a w Maroku ogrzewanie nie jest powszechne, jednak widoki za oknem wynagradzały wszelkie niedogodności. Byliśmy jedynymi gośćmi w riadzie, a gospodarze byli tak serdeczni, że aż chciało się zostać. Czasu jednak nie da się oszukać i z ociąganiem, zrelaksowani i pełni żalu wyruszyliśmy w dalszą część naszej podróży – do oddalonego o 67 kilometrów Marrakeszu, w którym planowaliśmy 2 intensywne dni pełne zwiedzania i zakupów.  I pełne tak wielu wrażeń, że do ich opisania potrzebny będzie dodatkowy wpis.