Muzułmanka u fryzjera

Będąc muzułmanką ma się czasami pod górkę w kwestiach codziennych, o których wcześniej kompletnie się nie myślało. Bo o ile wypad do kosmetyczki to nie problem – w końcu wszystko dzieje się za zamkniętymi drzwiami, o tyle wizyta u fryzjera w Europie stanowi wyzwanie.

Widzicie, na punkcie włosów mam obsesję – ku zdziwieniu znajomych i rodziny, któremu to zdziwieniu z kolei nadziwić się nie mogę ja sama. Fakt, że na co dzień noszę chustę, jest dla wielu wystarczającym powodem do tego, by odpuścić dbanie o włosy, bo w końcu „nikt ich nie widzi” – widzę ja i mój mąż i jest to dla mnie zupełnie wystarczającym powodem, by zatroszczyć się o swój wygląd. I tak wyjazdy za granicę zawsze kończą się paniką, jak zmieścić w bagażu te litry odżywek, szamponów, masek i olejków, a mój mąż już nawet przestał pytać, co mi przywieźć z podróży służbowych – odpowiedź jest zawsze taka sama.

Z usług fryzjersko-kosmetycznych w Afryce nie korzystam z premedytacją, od czasu gdy po pedicure w Tunisie, z duszą na ramieniu, robiłam badania krwi. Ilekroć jestem w Polsce, błogosławię naszemu sanepidowi, dzięki któremu nie muszę się obawiać o higienę, a przynajmniej wiem, czego mam prawo wymagać. Bo w Afryce „dezynfekcja” sprowadza się do pobieżnego opłukania narzędzi pod bieżącą wodą, natomiast „sterylizacja” jest luksusem na który można liczyć w szpitalach i gabinetach dentystycznych – chociaż nie dałabym sobie głowy uciąć, że we wszystkich.

W krajach muzułmańskich są miejsca przeznaczone jedynie dla kobiet, do których mężczyzn nie wpuszcza się dalej niż na recepcję, chociaż ze względu na to, że kobiet stosujących się do zasad hidżabu ubywa, w dużych miastach pojawiają się salony na wzór europejski, z przeszkloną witryną i czasami nawet fryzjerami-mężczyznami. Najczęściej jednak takie miejsca dysponują również osobnym pomieszczeniem dla kobiet, dla których kwestia dyskrecji i intymności nie podlega dyskusji. Sama jednak nie jestem w stanie zignorować problemu higieny – który istnieje nawet w najbardziej luksusowych miejscach. Na pobliskiej Hiszpanii również się zawiodłam, pozostaje mi więc sprawdzona już Polska. Tylko jak zorganizować wizytę w polskim salonie mając na uwadze fakt, że w większości miejsc mężczyźni stanowią część personelu, klientów lub osób towarzyszących? W końcu nawet w mojej siłowni „tylko dla kobiet” trenerami byli panowie.

Nie należę jednak do osób, które łatwo się poddają i szybko przeszukuję google i udaje mi się dowiedzieć, że w warszawie jest jeden salon fryzjersko-kosmetyczny tylko dla kobiet, ale mimo wszystko traktuję to jako opcję rezerwową i postanawiam zapytać u mojego dotychczasowego fryzjera i w kilku podobnych miejscach. Planuję skrócić i zafarbować włosy, więc nie będzie łatwo. Wdech-wydech i dzwonię, uświadamiając sobie równocześnie, że kompletnie nie wiem jak w jasny sposób wyartykułować swoje potrzeby. Na wieść o tym, że noszę hidżab i zależy mi na tym, żeby usługa była wykonana w osobnym pomieszczeniu gdzie nie ma mężczyzn, pretensjonalny recepcjonista zaczyna chichotać i przekonywać mnie, że jemu wcale nie przeszkadza to, że mógłby zobaczyć moje włosy. Głęboki wdech i tłumaczę, że to nie jemu ma nie przeszkadzać, a mnie.

Postanawiam jednak nie zrażać się pierwszym niepowodzeniem i przygotowuję krótkie zapytanie, które rozsyłam do trzech salonów fryzjerskich. Mimo wszystko nie liczę na odpowiedzi – w końcu nastawienie względem muzułmanów jest generalnie negatywne.

Ku mojemu zaskoczeniu, momentalnie otrzymuję odpowiedź z pierwszego salonu: „Witam, niestety nie mamy takiej przestrzeni. Obawiam się, ze będzie problem ze znalezieniem takiego miejsca  Pozdrawiam”. Bez zaskoczenia dziękuję za odpowiedź i skreślam pierwsze miejsce z mojej krótkiej listy. Zaskoczeniem jest jednak zaangażowanie jakim się spotykam, bo po godzinie w Messengerze wyświetla się wiadomość z informacją: „Koleżanka ma osobne pomieszczenie żeby Panią przyjąć podaje nr tel. 000000000 XYZ Pozdrawiam „. Taki banał, a cieszy i przywraca wiarę w ludzi. Wolę myśleć, że to raczej efekt dobrej woli, niż chęci zarobku. Zanim zadzwonię postanawiam jednak poczekać do końca dnia na odpowiedzi z dwóch pozostałych miejsc.

Z „do końca dnia” robi się „dam im szansę i poczekam do jutra” – bingo, salon na który liczyłam najbardziej informuje mnie krótko „Pani XYZ, tak, mamy osobny pokój”. Piszczę z radości i sekundę później dzwonię i umawiam się na wizytę – przemiła recepcjonistka przyznaje, że po raz pierwszy spotyka się z taką prośbą, wypytuje dokładnie o moje oczekiwania i sama wychodzi z inicjatywą, że na wszelki wypadek umówi mnie w terminie, gdy w salonie nie będzie żadnego fryzjera – mężczyzny. Oczarowana tak ogromną dbałością o szczegóły z niecierpliwością oczekuję na wizytę. W międzyczasie, po kilku dniach, trzeci salon odpowiada na moją wiadomość, informując mnie, że nie dysponują w pełni zamkniętym pomieszczeniem, ale przesyłają fotografie wnętrza, żebym sama mogła ocenić czy spełnia ono moje oczekiwania – nie spełnia, ale serce aż rośnie z radości, że ktoś się pofatygował specjalnie zrobić zdjęcia.

Moja radość z nadchodzącej wizyty zostaje nieco zmącona, gdy odbieram telefon, w którym Pani recepcjonistka tłumaczy mi, że otworzyli nowy salon w innej lokalizacji i w związku z tym myjki do włosów z osobnego pomieszczenia zostały tam tymczasowo przeniesione. Tym samym w oddzielnej części możemy wykonać strzyżenie, ale jeśli chcę zafarbować włosy, konieczne będzie skorzystanie z myjki w części wspólnej. Już z bólem serca mam zrezygnować z farbowania, jednak słyszę, że mają dla mnie zarezerwowany czas i mogę sama na miejscu zobaczyć i zdecydować co i jak – bo być może układ będzie mi odpowiadał, a w tamtym czasie w salonie ma nie być żadnych mężczyzn.

Na miejscu wita mnie przemiła recepcjonistka, z którą przez chwilę żartuję o tym, jakiego wyzwania im dostarczyłam, a czekając na fryzjerkę ucinam sobie pogawędkę z inną klientek – od dawna nigdzie nie czułam się tak swobodnie, zupełnie jakby mój hidżab był niewidoczny. W takich chwilach zawsze ogrania mnie smutek, że coś tak zwyczajnego, dla muzułmanki urasta do rangi wydarzenia, o którym pamięta się miesiącami i z zachwytem opowiada o tym znajomym.

Moją fryzjerką okazuje się być Khrystyna, przemiła Ukrainka i od tego momentu wiem, że absolutnie nie mam się czym martwić. Widzicie, pomiędzy tymi, którzy uchodzą za „innych” wytwarza się zupełnie naturalna nić porozumienia, gdzie z pozoru będąc zupełnie różnymi, łączy nas tak wiele i czujemy się podobnie wyobcowani. Jej początkowa rezerwa szybko zostaje przełamana moją otwartością i z ciekawością zaczyna zadawać pytania, które słyszałam tak wiele razy – tutaj mają one jednak także nieco inny wymiar – dziewczyna niesamowicie stara się dowiedzieć jak najwięcej, żebym czuła się swobodnie i robi wszystko, żeby zapewnić mi intymność jakiej oczekuję. Drobne trudności pojawiają się  momencie, gdy okazuje się, że moje włosy rozjaśniają się znacznie dłużej, niż przewidywałyśmy i panowie fryzjerzy zaczynają przychodzić na popołudniową zmianę, a pokój w którym jesteśmy służy całemu personelowi jako zaplecze do przygotowywania farb. Krysia jednak staje na wysokości zadania – zaniepokojona bardziej ode mnie i zdeterminowana, żeby zapewnić mi jak najwięcej komfortu decyduje, że przenosimy się za ścianę, do części zazwyczaj wykorzystywanej do manicure i pedicure – nie ma tam luster, wiele miejsca, ani łatwego dostępu do sprzętu, który jest jej potrzebny, ale za to jest pewność, że nikt mnie nie zobaczy, nawet przez przypadek.

Na koniec oczywiście rujnuję efekty pracy, zakładając na starannie ułożone włosy underscarf i żmudnie upinając chustę, czemu Krysia przygląda się z zaciekawieniem. Przechodzę na recepcję odprowadzana zaciekawionymi spojrzeniami innych klientów i z ogromną radością umawiam się z Khrystyną, że podczas kolejnej wizyty w Polsce z pewnością po raz kolejny do nich zawitam – bogatsze o nowe doświadczenie zgodnie stwierdzamy, że obydwu nam będzie łatwiej zorganizować tę wizytę po raz kolejny.

Jestem pod ogromnym wrażeniem – nie spodziewałam się tak ogromnej życzliwości, zrozumienia i szacunku do moich oczekiwań, które przecież dla wielu są bezsensowne i niewarte zachodu, a także że ktoś, kto dotychczas nie miał do czynienia z muzułmankami, wykazuje się tak dużą wrażliwością. Ale ponad wszystko jestem wdzięczna, że znalazłam miejsce, w którym sprawiono, że poczułam się zupełnie naturalnie i bez zdziwienia i zbędnych ceregieli dołożono wszelkich starań, aby spełnić moje oczekiwania.

Co zaskakuje mnie w krajach arabskich

Kraje arabskie nie są jednorodne – patrząc z perspektywy Europejczyka łatwo nam zaszufladkować całą Afrykę Północną i Zatokę Perską, czasami dorzucając też Turcję, Iran, Pakistan i Afganistan i opatrzyć całość plakietką z napisem „kraje arabskie”. Nie wdając się zbytnio w politykę, umówmy się, że kraje arabskie to te, które należą do Ligii Arabskiej. Kraj muzułmański nie oznacza automatycznie kraju arabskiego – w końcu największym skupiskiem muzułmanów jest Indonezja, a z Arabami ma ona niewiele wspólnego. Pamiętajmy też, że jedynie około 20% muzułmanów to Arabowie.

Kultura, zwyczaje i ludzie zamieszkujący obszary krajów arabskich różnią się znacząco pomiędzy miastami, nie mówiąc już o krajach, dlatego z założenia ten post będzie miał kilka część – każda dotycząca innego kraju. Są jednak elementy wspólne, które wszędzie zaskakują mnie jednakowo i na tym się dziś skupimy – w kontekście Afryki Północnej 🙂

Nie takie muzułmańskie, jak by się wydawało
Lecisz do Kairu,  Marrakeszu, Casablanca, czy Tunisu? Nie spodziewaj się, że wszystkie kobiety będą w abajach i niqabach, a na czas modlitwy ulice opustoszeją. Tak na prawdę muzułmanie są takimi samymi ludźmi jak wszyscy inni. Niektórzy są mniej, inni bardziej praktykujący, niektórzy modlą się 5 razy dziennie, inni tylko w piątki, a jeszcze inni sporadycznie podczas Ramadanu. Identycznie rzecz się ma z kobietami – poza nielicznymi krajami, w których nakrycie głowy jest obowiązkowe, można zobaczyć cały przekrój Arabek – od burek zasłaniających oczy, przez niqaby, abaje, tradycyjne zwiewne stroje, hidżaby noszone wraz z obcisłymi spodniami i bluzkami, aż po krótkie sukienki i rozpuszczone włosy.

Bezpieczeństwo
Temat dyskusyjny i mający wiele wymiarów, jednak z perspektywy mieszkańca wyglądający zupełnie inaczej. Wypad do centrum handlowego? Kontrola jak na lotnisku. Lokalny supermarket? Ochroniarz w każdych drzwiach sprawdzający wykrywaczem metali torebki i plecaki. Na ulicach mnóstwo policji, wyrywkowe kontrole dokumentów, zatrzymania samochodów. W przypadku wielu lotnisk brak jest możliwości wejścia do budynku, jeżeli nie jest się podróżnym, w większości przypadków wstępną kontrolę bezpieczeństwa bagażu przechodzi się już w drzwiach lotniska. Osobiście, czuję się bezpieczniej tu, gdzie mieszkam, niż w mojej ukochanej Warszawie.

Ruch drogowy
O matulu! Chaos, to chyba najlepsze słowo, którym można opisać jak to wygląda. Pierwsze chwile w Tunezji wiązały się z próbą zrozumienia tego, dlaczego pieszy poruszają się poboczem, zamiast chodnikiem, dlaczego chodnik służy za parking, na dwupasmowej drodze samochody poruszają się w trzech kolumnach i ten z prawej strony skręca w lewo, ale nie może bo ten z lewej zajechał mu drogę skręcając w prawo. Żeby rozwiązać konflikt kierowcy wysiadają i kłócą się na środku skrzyżowania. Jedziemy dalej. zaraz za skrzyżowaniem samochód jadący przed nami się zatrzymuje, kierowca wysiada – okazuje się, że to znajomy więc stoimy tak przez 15 min. W międzyczasie wyskakuję do drogerii na zakupy. Macie gęsią skórkę? W Egipcie przebiegałam na drugą stronę przez autostradę (!) – bo przechodzenie przez ulicę pomiędzy jadącymi samochodami jest już dla mnie czymś zupełnie naturalnym. Tak samo jak spacerowanie drogą, zamiast chodnikiem.

Życzliwi ludzie
Właściwie nie życzliwi. Przyjaźni w niewyobrażalny dla nas sposób. Godzinny lot krajowy w Maroku. Sadowię się wygodnie, słuchawki na uszach i obserwuję wsiadających ludzi – kurczę, oni wszyscy się znają! Śmiech, rozmowy, pomaganie z bagażami, wskazywanie palcami gdzie kto siedzi. W miarę gdy samolot się wypełnia mam wrażenie, że cały tył jest jak wesoły wiejski autobus i w duchu cieszę się, że w klasie biznes jest nas tylko kilka osób. Do czasu, gdy boarding jest zakończony i siedząca nieopodal dziewczyna przesiada się na siedzenie obok mnie i zaczyna mówić, że koniecznie muszę przyjść do niej do domu na marokańską herbatę i poznać jej rodzinę, jej rodzice będą szczęśliwi mogąc mnie gościć. Cały czas nie jestem pewna, czy przypadkiem mnie z kimś nie pomyliła, ale na koniec wymieniamy się numerami telefonu, a po kilku dniach dostaję wiadomość z zaproszeniem do jej domu.

Łatwość, z jaką nawiązuje się tutaj przyjaźnie
Przyjaźń zaczyna się tutaj znacznie wcześniej, niż dla nas. Nadal mam kłopot, żeby nazwać przyjacielem kogoś, kogo znam 2 tygodnie, w końcu my musimy najpierw zjeść z kimś beczkę soli, później możemy myśleć o przyjaźni. Trudno było mi się odnaleźć wśród całej tej życzliwości i sympatii z jaką się spotykałam, w tym, że po dwóch wspólnych wyjściach stałam się częścią tej społeczności. Nieustannie doszukiwałam się podtekstów i ukrytych motywów, albo zwyczajnie wychodziłam z założenia, że coś musi być nie tak z ludźmi, którzy bezinteresownie pomagają i z marszu przyjęli mnie do swojego kręgu, dla których stałam się nie tylko przyjaciółką, ale siostrą. Jesteśmy jedną wielką rodziną, niesamowitą mieszaniną kobiet o różnych doświadczeniach, pochodzących z różnych części świata, które obracają dzielące je różnice kulturowe, religijne i społeczne w coś, co łączy zamiast dzielić.

Powitania
Kobieta z mężczyzną standardowo uścisk dłoni, przytulenie się rzadziej – jedynie w kręgu rodziny lub bardzo liberalnych osób. Bardziej konserwatywnie, poprzez uśmiech i położenie dłoni na sercu, tak jak zrobił do kanadyjski premier, podczas spotkania z muzułmankami. Wśród mężczyzn podanie ręki, przytulenie, poklepanie po plecach – do koloru do wyboru i właściwie wszystko wypada. A kobiety? Obowiązkowo pocałunek w policzek. Próbowałam zapamiętać, że z Jordanką 3 całusy – najpierw prawy policzek, lewy, prawy. Z Egipcjanką dwa i koniecznie przytulenie się na koniec. Z Marokanką dwa w prawy policzek. Ale zaraz, inna Marokanka podanie dłoni i jeden całus, a jeszcze inna trzy, tak samo jak Jordanka. Poddaję się.

Pyszne jedzenie
I nie mówię tutaj jedynie o restauracjach – jak wszędzie, z tym różnie bywa. Ale te owoce i warzywa! Świeże, pachnące, pyszne, naturalne. Koniecznie z suku lub lokalnego warzywniaka. I kurczak, który nareszcie ma smak.

 

Ale żeby nie było tak kolorowo…

Bieda
Nie wiedziałam czym jest bieda, dopóki nie zamieszkałam w Afryce.

Wyraźne zróżnicowanie warstw społecznych
Ciągle jest dla mnie dziwne, że takie coś faktycznie istnieje. Wyraźny podział na „lepszych” i „gorszych” z bardzo ograniczonymi perspektywami na wybicie się. Bogatsi wysyłający dzieci do prywatnych szkół i na zajęcia dodatkowe. Biedniejsi których dzieci chodzą do nienajlepszych publicznych szkół, co rzutuje na ich przyszłe perspektywy, a równocześnie w tej kategorii również grupa tych, którym ledwie starcza na podstawowe wyżywienie, więc kilkunastoletnia córka sprząta u bogatszych, a syn pomaga na budowach. Biedni, którzy nie mogą pozwolić sobie na luksus edukacji, bo oznaczałoby to utratę dodatkowego dochodu z pracy dziecka.

 

A to chyba i tak nie wszystko 🙂

 

Wpis na specjalną prośbę i z dedykacją dla Sylwii 🙂

Jestem Polką, jestem muzułmanką

Z rosnącym przerażeniem obserwuję to, co dzieje się w mojej ojczyźnie. Nienawiść i ataki skierowane w stosunku do jednej grupy społecznej, która w Polsce jest tak niewielka, że nie powinna być w ogóle postrzegana jako jakiekolwiek zagrożenie, nieustannie przybierają na sile.

Uzasadnione? Tak, jeżeli stosujemy odpowiedzialność zbiorową. To, co dzieje się dziś na świecie jest niewyobrażalne, nielogiczne i w naturalny sposób staramy się to zracjonalizować, sprowadzić do prostego wytłumaczenia, w którym winić można ideologię lub religię. Czujemy się zagrożeni, obawiamy się o swoje zdrowie i życie i również w naturalny sposób chcemy zidentyfikować potencjalnego wroga, nadać mu kształt i cechy, które umożliwią wyłowienie go z tłumu.

Hidżab, ciemniejszy kolor skóry, nietutejszy akcent. Od razu uruchamia się czujność. Inność często wzbudza podejrzliwość, czasami ciekawość, ale też niechęć i agresję. Szczególnie, gdy pewne cechy tej inności możemy odnaleźć w tych, którzy stwarzają rzeczywiste zagrożenie.

Proszę, zastanów się, dlaczego tak bardzo nas nienawidzisz? Dlaczego mnie nienawidzisz, mimo że mnie nie znasz?

Dokonałam w swoim życiu ważnego wyboru, który w znacznym stopniu determinuje to, kim jestem. Kiedyś byłam chrześcijanką, teraz jestem muzułmanką. Nie oznacza to, że zaprzedałam swoją ojczyznę czy kulturę – tak samo jak osoby decydujące, że jakakolwiek religia nie jest dla nich.

Różnię się od Ciebie na pierwszy rzut oka – w końcu zasłaniam włosy, robię coś niezrozumiałego, utożsamianego z przymusem i brakiem swobody. Dla mnie niezrozumiałe jest to, dlaczego chusta wzbudza tyle negatywnych emocji. Fakt, iż zasłaniam włosy nie jest wymierzony przeciwko nikomu, nie jest wyrazem poparcia dla przymusu, który w niektórych krajach funkcjonuje. Przeciwnie – jest on wyrazem wolności i swobody, jaką daje przywilej mieszkania czy przebywania w kraju demokratycznym. Mogę nosić krótkie sukienki – nie muszę. Mogę nosić hidżab – nie muszę. Jest to moja własna, świadoma i przemyślana decyzja.

Zmieniłam sposób w jaki wierzę, ale nadal wyznaję takie same wartości jak kiedyś i jestem pewna, że są one zbieżne z tymi, którymi Ty kierujesz się w swoim życiu. Tak samo jak Ty, staram się być lepszą wersją samej siebie, mam takie same marzenia o coraz lepszym życiu, takie same dążenia, plany i ambicje.

Tak samo jak Ty, chciałabym po prostu móc czuć się bezpiecznie. Chciałabym móc wyjść z domu bez obaw, iż padnę ofiarą szaleńca działającego w myśl chorej interpretacji religii, chciałabym mieć pewność, że moja rodzina jest bezpieczna, że moim znajomym nic nie grozi.

Chciałabym też nie musieć się bać o to, że zostanę pociągnięta do odpowiedzialności za czyny innych.

Może czasami warto zastanowić się nad tym, co nas łączy, zamiast skupiać na tym, co nas różni?