Codzienność na pustyni: woda

Problemy z wodą na pustyni nie są niczym zaskakującym, ale zastanawialiście się czasami, jak wygląda to w praktyce? Dookoła piasek, deszczu praktycznie nie ma, okoliczna rzeka nie bez powodu nazywana jest rzeką sezonową – pojawia się tylko w zimie. Skąd więc brać wodę? Odpowiedź jest prosta: z oceanu!

Odsalana (chociaż mam co do tego wątpliwości) woda morska nastręcza wielu problemów, szczególnie nowym mieszkańcom. Wypadające włosy, przesuszona skóra – to coś zupełnie naturalnego. O ile moje włosy znoszą wszystko bez większych problemów, o tyle skóra dała mi się we znaki – aż bolała z przesuszenia, a na łydkach zrobiła się cienka jak papier i krwawiła przy najmniejszym zadrapaniu. Nie, nie poprawiło się to z czasem, po prostu metodą prób i błędów znalazłam kosmetyki, które radzą sobie z problemem.

Ale, ale! Jeżeli myślicie, że woda w rurach to coś zupełnie oczywistego, to pomyślcie raz jeszcze. W moim mieście wszystkie budynki mają na dachu zbiorniki (500-2000 litrów), jednak to, w jaki sposób woda jest do nich dostarczana różni się w zależności od okolicy, a nawet pomiędzy sąsiadującymi domami.

Nasz budynek podłączony jest do sieci wodociągowej, w której woda jest jedynie do południa – dlatego musimy pamiętać, aby co kilka dni, koniecznie rano, włączyć pompę która doprowadzi wodę do naszego zbiornika. A jeżeli zapomnimy? Nie ma problemu, wystarczy podjechać na souk, gdzie beczkowozy tylko czekają na taką okazję i za kwotę dwukrotnie wyższą niż miesięczny rachunek za wodę z radością podjadą.

Niektórzy mieszkańcy z beczkowozów muszą jednak korzystać na codzień – nie wszystkie budynki mają dostęp do wodociągu. I tak codziennie rano na mojej ulicy zatrzymuje się samochód, którego kierowca ma klucze do bram kilku domów i zawsze o tej samej porze doprowadza wodę.

Taki system sprawdza się tutaj i funkcjonuje zupełnie naturalnie, chociaż zarówno dla mnie jak i mojego męża była to całkowita nowość i mieliśmy spore trudności z przyzwyczajeniem się do funkcjonowania w ten sposób. O tym, że taka woda nie nadaje się do spożycia nie muszę chyba nawet wspominać? A ja do tej pory staram się nie myśleć o czarnym zbiorniku na dachu, który czyszczony nie był zapewne nigdy i w którym, szczególnie podczas letnich upałów, środowisko dla wszelkich paskudztw jest wymarzone 😉

Rozmowy o muzułmańskiej i arabskiej codzienności

Pisanie o codzienności stanowi dla mnie nie lada wyzwanie – w końcu to, co dla mnie jest zwyczajne, dla wielu osób jest egzotyką. Dlatego też tak bardzo ucieszyła mnie rozmowa z Panią Teresą Ozimek, której pytania uzmysłowiły mi co tak na prawdę może interesować osoby postronne. Efekty naszej pracy możecie przeczytać tutaj, natomiast całość rozmowy, w formie odrębnych wpisów znajdzie się w najbliższym czasie na blogu.

Równocześnie zachęcam Was do śledzenia bloga Pani Teresy http://teresa-ozimek.blog.pl/, która jest niesamowicie ciepłą osobą skupiającą się na kwestiach życia codziennego, które nam samym zdarza się przemilczeć.

 

Dlaczego zniknęłam

Nigdy nie spodziewałam się, że stanę się obca w swoim kraju. Nie spodziewałam się również, że moja ojczyzna stanie mi się nieprzyjazną.

Wiem, że kilkoro z Was zastanawiało się, dlaczego zniknęłam, niestety, odpowiedź jest prosta i można znaleźć ją codziennie w mediach społecznościowych. Ilość i natężenie nienawiści mnie przeraża i osłabia. Zrozumienie znajduję jedynie wśród tych, którzy mierzą się z tymi zjawiskami na codzień.

Kiedyś nie wyobrażałam sobie, że mogłabym wyjechać z kraju. W końcu to właśnie w Polsce jest moje miejsce, prawda? Tutaj mam przyjaciół, tutaj zdobyłam wykształcenie, mam świetną pracę, wygodne życie. Uwielbiam Polskę, krajobrazy, Warszawę, w której zbudowałam swoją codzienność. Jestem u siebie. Jeżeli wyjadę, zawsze będę gościem, zawsze z prawami i przywilejami znacznie mniejszymi niż obywatele danego kraju.

Tak myślałam, aż do momentu, gdy stałam się wrogiem w moim własnym kraju.

To temat na tyle trudny i emocjonalny, że wpatruję się w migający kursor przez kilka minut, zastanawiając się jak przekazać to, co czuję. Jak wiele mogę powiedzieć w bezpieczny sposób? Jak można opisać to, co czuje osoba, dla której świat jest pięknym i przyjaznym miejscem, a wszystko zmienia się w momencie, gdy zakładam chustę? Ilekroć o tym myślę poraża mnie smutna komiczność tej sytuacji. Przecież to nie hijab czyni ze mnie muzułmankę, jestem nią bez względu na to, jak się ubieram. W jaki sposób przekazać to, że boję się pojechać w miejsce, które kocham? Jak opowiedzieć o tym, że ilekroć mój mąż wspomina, że chciałby zobaczyć mój kraj ja wyszukuję kolejne wymówki, żebyśmy tylko nie jechali razem, bo zwyczajnie się o niego boję? Że ten strach narasta z każdym atakiem o którym słyszę i jest potęgowany komentarzami, które czytam? Jak mam opowiedzieć o tym, że mój mąż się nie boi, bo jest to dla niego czymś naturalnym, z czym musiał zmierzyć się tak wiele razy?

Zderzenie z eskalacją nienawiści w ostatnim czasie było dla mnie ciosem, na który nie byłam przygotowana. Fakt, iż jakiekolwiek próby dyskutowania lub tłumaczenia prowadziły do rynsztokowych wyzwisk, wśród których stwierdzenie, że „puściłam się z Arabem” jest najdelikatniejsze, również zrobił swoje. Ale wiecie co? Ten straszny Arab, który (zgodnie z polską definicją) powinien mnie bić, maltretować i przetrzymywać wbrew mojej woli, namówił mnie do dalszego pisania tego bloga. Zmotywował mnie do tego, abym się nie poddawała, bo w końcu ożenił się z silną kobietą, która nie boi się krytyki i nie pozwala innym wpływać na swoje życie. Tak, podniósł na mnie rękę – tylko po to, żeby podać mi dłoń i pomóc podnieść się z upadku.

 

P.S.
Kilka tematów, o które prosiliście właśnie „się pisze”. In sha Allah niedługo udostępnię nowy wpis 🙂

Moje Maroko

Tym, co uderza mnie najbardziej w krajach arabskich, są kontrasty. Stolica, inne duże miasta, niewiele różnią się od tego, co znamy. Rabat, Marrakesz, Agadir… Te miasta wiele łączy, pomimo odmienności mają wspólny mianownik, którym są turyści, zaplecza w postaci sklepów i restauracji. Tak na prawdę nie jest trudno się tam odnaleźć. Przeciętnemu Europejczykowi niewiele może tam zabraknąć do szczęścia. Salony kosmetyczne, fryzjerskie, restauracje i kawiarnie – wszystko jest dostępne.

Moje Maroko jest inne, niż to, które znacie. Moje Maroko to niewielkie miasto otoczone pustynią. Najbliższa cywilizacja w promieniu godzinnego lotu. Brak turystów. Kilka restauracji, jeszcze mniej supermarketów. Salon kosmetyczny. Hermetycznie i swojsko, bardzo lokalnie. Pustynnie. Gorąco. I z takiej właśnie perspektywy będę opowiadać.

Miasto, a jednak tchnie prowincją. Brak jest tutaj ruchu, brak pośpiechu. Tutejsza codzienność jest dla mnie nadal niezrozumiała, a właściwie nie do pomyślenia. Widzę przebłyski rzeczywistości, z którą zmagają się tubylcy. Bieda. Każdy dzień, jest walką o przetrwanie, które tutaj nabiera zupełnie innej definicji, bo nie oznacza nawet napełnienia żołądka. To, co zwykłam nazywać biedą w Polsce, tutaj stanowi szczyt marzeń sporej grupy społeczeństwa.

Szara rzeczywistość zderza się z realiami niewielkiej grupy osób, które mogą pozwolić sobie na wygodne życie, praktycznie nieodbiegające od standardów europejskich. Życie, które w dużej mierze toczy się za murami luksusowych willi, czy ścianami budynków mieszczących mieszkania, których koszt utrzymania kilkakrotnie przewyższa średnią pensję większości mieszkańców. Wewnątrz restauracji, do których wejścia strzeże ochrona, można rozkoszować się przepysznym sokiem z lokalnych pomarańczy, mając pewność, że żaden nieproszony gość nie zmąci naszego spokoju.

Obserwuję, zazwyczaj z zacisza mojego domu, to co dzieje się na zewnątrz. Mężczyzna pcha wózek z owocami i głośno nawołuje do ich zakupu. Do okolicznego sklepu dostarczany jest właśnie chleb, który, niezapakowany, został przywieziony na motorze i gołymi rękami wykładany jest na półki. Kobieta w tutejszym tradycyjnym zwiewnym stroju siedzi na krawężniku i oczekuje na autobus. Obok spaceruje małżeństwo z córką, którą oboje trzymają za ręce i która nieustannie się śmieje. Najbardziej jednak lubię wieczory, gdy można odetchnąć od prażącego słońca, a powietrze wypełniają radosne okrzyki dzieciaków, które godzinami bawią się na okolicznym placu. Dzieciństwo w takim miejscu, mimo że bez wątpienia pełne trosk i wcale nie łatwe, ma niesamowity urok.

Nie, nie lubię miejsca, w którym mieszkam i odliczam, ciągle jeszcze miesiące, do momentu gdy kontrakt mojego męża wygaśnie. Staram się obrócić to doświadczenie w coś pozytywnego i ubogacającego, nauczyć się doceniać życie, które jest niewiarygodnie wygodne, a na które i tak lubię sobie ponarzekać.

A jeżeli chcielibyście zobaczyć, jak wygląda tutejsza rzeczywistość, album dostępny jest tutaj. 🙂

 

Co Twoje to moje

Trochę tak wygląda kwestia własności w małżeństwie muzułmańskim – i na wygranej pozycji jest tutaj wbrew pozorom kobieta. Często można spotkać się z opinią, iż w Islamie to mężczyzna ma uprzywilejowaną pozycję, jednak moje doświadczenia i obserwacje wskazują na coś zupełnie odwrotnego. Szczególnie w małżeństwach arabskich wyraźnie widać dominującą rolę kobiety, która z łatwością jest w stanie skłonić męża do podążania za nią.

Od samego początku wszelka odpowiedzialność, szczególnie finansowa, spoczywa na mężczyźnie. To w jego gestii leży utrzymanie rodziny i nie ma tutaj najmniejszego znaczenia to, czy kobieta którą poślubił jest zamożna czy nie – jej pieniądze należą jedynie do niej, a mąż ma zapewnić jej dach nad głową oraz zaspokoić jej potrzeby.

Bardzo cenię sobie komfort wyboru w kwestii pracy zawodowej – z ulgą rozstałam się z nużącą pracą w korporacji i zaskakująco dobrze odnajduję się w roli żony i pani domu. Nie, mój mąż nie zabrania mi pracować – gdy wspominam o pracy online jedynie pyta po co miałabym się denerwować, przecież niczego mi nie brakuje. Jeżeli jednak zdecyduję się powrócić do pracy moje wynagrodzenie będzie należało jedynie do mnie, a mąż nadal będzie musiał mnie utrzymywać. W praktyce oznacza to, iż w żaden sposób nie odciążyłabym budżetu domowego – fryzjer, kosmetyczka, ubrania czy kosmetyki nadal zapewniałby mi mąż.

Tak, taka sytuacja zdecydowanie ma swoje negatywne strony, szczególnie utrata tego pozornego poczucia kontroli, którą zapewnia własny dochód. Warto jednak wziąć pod uwagę fakt, że tutaj status kobiety nie ulega degradacji w momencie, gdy decyduje się ona na niepodejmowanie pracy zawodowej. Nie zostaje ona sprowadzona jedynie do roli kury domowej, nie usłyszy od męża, że nie ma nic do powiedzenia, bo przecież nie zarabia. Raczej usłyszy „kochanie odpocznij, ja umyję naczynia”.