Codzienność na pustyni: adres zamieszkania

Nie sposób zliczyć ile oczywistych kwestii musimy przedefiniować mieszkając w Afryce. Kwestii, które dla nas są tak jednoznaczne, że nie zaprzątamy sobie nimi nawet głowy. Bo w końcu czymże innym jest adres zamieszkania, jeśli nie integralną częścią naszej codzienności.

O ile w znanych mi większych północnoafrykańskich miastach temat adresu zamieszkania przedstawia się podobnie do systemu znanego nam z Polski, o tyle w mniejszych miejscowościach – w tym w moim 200-tysięcznym miasteczku – funkcjonuje to zupełnie inaczej. I szczerze mówiąc, do tej pory nie jestem w stanie pojąć jak.

Nie mam pojęcia, pod jakim adresem mieszkam – serio. Wiem, jaka to ulica, tak z grubsza, bo nazywana jest dwojako – oficjalne tabliczki swoje, a mieszkańcy swoje. Jednak mój budynek nie ma numeru, chociaż na drzwiach mieszkania  dumnie błyszczy „trójka”. Żeby nie być nadto konsekwentnym – bo i po co, budynek obok już numer posiada. Myślałam, że na podstawie okolicznych budynków uda mi się wydedukować numer mojego, ale i tutaj zderzyłam się ze ścianą – ten bezpośrednio po lewej to „33”, a dwa domy w prawo widnieje „10”.

Próbowałam rozgryźć tę zagadkę w najłatwiejszy możliwy sposób, czyli sprawdzając adres widniejący na rachunkach – w końcu jakimś cudem są one do nas dostarczane. Okazuje się, że chyba faktycznie „jakimś cudem”, bo poza imieniem i nazwiskiem mojego męża oraz oficjalną nazwą ulicy nie ma tam żadnych dodatkowych danych. A że w promieniu ponad godziny lotu nie ma  innych większych miejscowości, kod pocztowy lokalnie również nie jest używany.

Zazwyczaj najlepszym źródłem wiedzy na takie tematy jest podpytanie tutejszych mieszkańców, jednak każdy z nich zareagował zdziwieniem i zastanawiał się o co właściwie mi chodzi i po co mi w ogóle takie szczegóły – tutaj nikt sobie tym głowy nie zaprząta, a ja najwyraźniej wynajduję problemy 😉 Sytuacja jest jednak o tyle kuriozalna, że chociażby do instalacji internetu wymagane jest podanie pełnych danych. Rozwiązanie? „Wpisz cokolwiek, a później im wytłumaczysz gdzie mieszkasz” 😉

A jak wytłumaczyć gdzie mieszkasz, nie posiadając adresu zamieszkania i mając świadomość, że nikt nie zna nazw ulic, a przez google maps można znaleźć tylko większe sklepy i urzędy? Zazwyczaj mieszkam „na tej samej ulicy, co biuro męża, w budynku w którym mieści się bank XYZ” albo „poniżej francuskiej szkoły – skręcasz w prawo i za 200 metrów po lewej stronie zobaczysz bank XYZ – to ten budynek” – i wszyscy wiedzą o co chodzi, bo wszyscy stosują ten sam system.

 

 

Muzułmanka u fryzjera

Będąc muzułmanką ma się czasami pod górkę w kwestiach codziennych, o których wcześniej kompletnie się nie myślało. Bo o ile wypad do kosmetyczki to nie problem – w końcu wszystko dzieje się za zamkniętymi drzwiami, o tyle wizyta u fryzjera w Europie stanowi wyzwanie.

Widzicie, na punkcie włosów mam obsesję – ku zdziwieniu znajomych i rodziny, któremu to zdziwieniu z kolei nadziwić się nie mogę ja sama. Fakt, że na co dzień noszę chustę, jest dla wielu wystarczającym powodem do tego, by odpuścić dbanie o włosy, bo w końcu „nikt ich nie widzi” – widzę ja i mój mąż i jest to dla mnie zupełnie wystarczającym powodem, by zatroszczyć się o swój wygląd. I tak wyjazdy za granicę zawsze kończą się paniką, jak zmieścić w bagażu te litry odżywek, szamponów, masek i olejków, a mój mąż już nawet przestał pytać, co mi przywieźć z podróży służbowych – odpowiedź jest zawsze taka sama.

Z usług fryzjersko-kosmetycznych w Afryce nie korzystam z premedytacją, od czasu gdy po pedicure w Tunisie, z duszą na ramieniu, robiłam badania krwi. Ilekroć jestem w Polsce, błogosławię naszemu sanepidowi, dzięki któremu nie muszę się obawiać o higienę, a przynajmniej wiem, czego mam prawo wymagać. Bo w Afryce „dezynfekcja” sprowadza się do pobieżnego opłukania narzędzi pod bieżącą wodą, natomiast „sterylizacja” jest luksusem na który można liczyć w szpitalach i gabinetach dentystycznych – chociaż nie dałabym sobie głowy uciąć, że we wszystkich.

W krajach muzułmańskich są miejsca przeznaczone jedynie dla kobiet, do których mężczyzn nie wpuszcza się dalej niż na recepcję, chociaż ze względu na to, że kobiet stosujących się do zasad hidżabu ubywa, w dużych miastach pojawiają się salony na wzór europejski, z przeszkloną witryną i czasami nawet fryzjerami-mężczyznami. Najczęściej jednak takie miejsca dysponują również osobnym pomieszczeniem dla kobiet, dla których kwestia dyskrecji i intymności nie podlega dyskusji. Sama jednak nie jestem w stanie zignorować problemu higieny – który istnieje nawet w najbardziej luksusowych miejscach. Na pobliskiej Hiszpanii również się zawiodłam, pozostaje mi więc sprawdzona już Polska. Tylko jak zorganizować wizytę w polskim salonie mając na uwadze fakt, że w większości miejsc mężczyźni stanowią część personelu, klientów lub osób towarzyszących? W końcu nawet w mojej siłowni „tylko dla kobiet” trenerami byli panowie.

Nie należę jednak do osób, które łatwo się poddają i szybko przeszukuję google i udaje mi się dowiedzieć, że w warszawie jest jeden salon fryzjersko-kosmetyczny tylko dla kobiet, ale mimo wszystko traktuję to jako opcję rezerwową i postanawiam zapytać u mojego dotychczasowego fryzjera i w kilku podobnych miejscach. Planuję skrócić i zafarbować włosy, więc nie będzie łatwo. Wdech-wydech i dzwonię, uświadamiając sobie równocześnie, że kompletnie nie wiem jak w jasny sposób wyartykułować swoje potrzeby. Na wieść o tym, że noszę hidżab i zależy mi na tym, żeby usługa była wykonana w osobnym pomieszczeniu gdzie nie ma mężczyzn, pretensjonalny recepcjonista zaczyna chichotać i przekonywać mnie, że jemu wcale nie przeszkadza to, że mógłby zobaczyć moje włosy. Głęboki wdech i tłumaczę, że to nie jemu ma nie przeszkadzać, a mnie.

Postanawiam jednak nie zrażać się pierwszym niepowodzeniem i przygotowuję krótkie zapytanie, które rozsyłam do trzech salonów fryzjerskich. Mimo wszystko nie liczę na odpowiedzi – w końcu nastawienie względem muzułmanów jest generalnie negatywne.

Ku mojemu zaskoczeniu, momentalnie otrzymuję odpowiedź z pierwszego salonu: „Witam, niestety nie mamy takiej przestrzeni. Obawiam się, ze będzie problem ze znalezieniem takiego miejsca  Pozdrawiam”. Bez zaskoczenia dziękuję za odpowiedź i skreślam pierwsze miejsce z mojej krótkiej listy. Zaskoczeniem jest jednak zaangażowanie jakim się spotykam, bo po godzinie w Messengerze wyświetla się wiadomość z informacją: „Koleżanka ma osobne pomieszczenie żeby Panią przyjąć podaje nr tel. 000000000 XYZ Pozdrawiam „. Taki banał, a cieszy i przywraca wiarę w ludzi. Wolę myśleć, że to raczej efekt dobrej woli, niż chęci zarobku. Zanim zadzwonię postanawiam jednak poczekać do końca dnia na odpowiedzi z dwóch pozostałych miejsc.

Z „do końca dnia” robi się „dam im szansę i poczekam do jutra” – bingo, salon na który liczyłam najbardziej informuje mnie krótko „Pani XYZ, tak, mamy osobny pokój”. Piszczę z radości i sekundę później dzwonię i umawiam się na wizytę – przemiła recepcjonistka przyznaje, że po raz pierwszy spotyka się z taką prośbą, wypytuje dokładnie o moje oczekiwania i sama wychodzi z inicjatywą, że na wszelki wypadek umówi mnie w terminie, gdy w salonie nie będzie żadnego fryzjera – mężczyzny. Oczarowana tak ogromną dbałością o szczegóły z niecierpliwością oczekuję na wizytę. W międzyczasie, po kilku dniach, trzeci salon odpowiada na moją wiadomość, informując mnie, że nie dysponują w pełni zamkniętym pomieszczeniem, ale przesyłają fotografie wnętrza, żebym sama mogła ocenić czy spełnia ono moje oczekiwania – nie spełnia, ale serce aż rośnie z radości, że ktoś się pofatygował specjalnie zrobić zdjęcia.

Moja radość z nadchodzącej wizyty zostaje nieco zmącona, gdy odbieram telefon, w którym Pani recepcjonistka tłumaczy mi, że otworzyli nowy salon w innej lokalizacji i w związku z tym myjki do włosów z osobnego pomieszczenia zostały tam tymczasowo przeniesione. Tym samym w oddzielnej części możemy wykonać strzyżenie, ale jeśli chcę zafarbować włosy, konieczne będzie skorzystanie z myjki w części wspólnej. Już z bólem serca mam zrezygnować z farbowania, jednak słyszę, że mają dla mnie zarezerwowany czas i mogę sama na miejscu zobaczyć i zdecydować co i jak – bo być może układ będzie mi odpowiadał, a w tamtym czasie w salonie ma nie być żadnych mężczyzn.

Na miejscu wita mnie przemiła recepcjonistka, z którą przez chwilę żartuję o tym, jakiego wyzwania im dostarczyłam, a czekając na fryzjerkę ucinam sobie pogawędkę z inną klientek – od dawna nigdzie nie czułam się tak swobodnie, zupełnie jakby mój hidżab był niewidoczny. W takich chwilach zawsze ogrania mnie smutek, że coś tak zwyczajnego, dla muzułmanki urasta do rangi wydarzenia, o którym pamięta się miesiącami i z zachwytem opowiada o tym znajomym.

Moją fryzjerką okazuje się być Khrystyna, przemiła Ukrainka i od tego momentu wiem, że absolutnie nie mam się czym martwić. Widzicie, pomiędzy tymi, którzy uchodzą za „innych” wytwarza się zupełnie naturalna nić porozumienia, gdzie z pozoru będąc zupełnie różnymi, łączy nas tak wiele i czujemy się podobnie wyobcowani. Jej początkowa rezerwa szybko zostaje przełamana moją otwartością i z ciekawością zaczyna zadawać pytania, które słyszałam tak wiele razy – tutaj mają one jednak także nieco inny wymiar – dziewczyna niesamowicie stara się dowiedzieć jak najwięcej, żebym czuła się swobodnie i robi wszystko, żeby zapewnić mi intymność jakiej oczekuję. Drobne trudności pojawiają się  momencie, gdy okazuje się, że moje włosy rozjaśniają się znacznie dłużej, niż przewidywałyśmy i panowie fryzjerzy zaczynają przychodzić na popołudniową zmianę, a pokój w którym jesteśmy służy całemu personelowi jako zaplecze do przygotowywania farb. Krysia jednak staje na wysokości zadania – zaniepokojona bardziej ode mnie i zdeterminowana, żeby zapewnić mi jak najwięcej komfortu decyduje, że przenosimy się za ścianę, do części zazwyczaj wykorzystywanej do manicure i pedicure – nie ma tam luster, wiele miejsca, ani łatwego dostępu do sprzętu, który jest jej potrzebny, ale za to jest pewność, że nikt mnie nie zobaczy, nawet przez przypadek.

Na koniec oczywiście rujnuję efekty pracy, zakładając na starannie ułożone włosy underscarf i żmudnie upinając chustę, czemu Krysia przygląda się z zaciekawieniem. Przechodzę na recepcję odprowadzana zaciekawionymi spojrzeniami innych klientów i z ogromną radością umawiam się z Khrystyną, że podczas kolejnej wizyty w Polsce z pewnością po raz kolejny do nich zawitam – bogatsze o nowe doświadczenie zgodnie stwierdzamy, że obydwu nam będzie łatwiej zorganizować tę wizytę po raz kolejny.

Jestem pod ogromnym wrażeniem – nie spodziewałam się tak ogromnej życzliwości, zrozumienia i szacunku do moich oczekiwań, które przecież dla wielu są bezsensowne i niewarte zachodu, a także że ktoś, kto dotychczas nie miał do czynienia z muzułmankami, wykazuje się tak dużą wrażliwością. Ale ponad wszystko jestem wdzięczna, że znalazłam miejsce, w którym sprawiono, że poczułam się zupełnie naturalnie i bez zdziwienia i zbędnych ceregieli dołożono wszelkich starań, aby spełnić moje oczekiwania.

Codzienność na pustyni: woda

Problemy z wodą na pustyni nie są niczym zaskakującym, ale zastanawialiście się czasami, jak wygląda to w praktyce? Dookoła piasek, deszczu praktycznie nie ma, okoliczna rzeka nie bez powodu nazywana jest rzeką sezonową – pojawia się tylko w zimie. Skąd więc brać wodę? Odpowiedź jest prosta: z oceanu!

Odsalana (chociaż mam co do tego wątpliwości) woda morska nastręcza wielu problemów, szczególnie nowym mieszkańcom. Wypadające włosy, przesuszona skóra – to coś zupełnie naturalnego. O ile moje włosy znoszą wszystko bez większych problemów, o tyle skóra dała mi się we znaki – aż bolała z przesuszenia, a na łydkach zrobiła się cienka jak papier i krwawiła przy najmniejszym zadrapaniu. Nie, nie poprawiło się to z czasem, po prostu metodą prób i błędów znalazłam kosmetyki, które radzą sobie z problemem.

Ale, ale! Jeżeli myślicie, że woda w rurach to coś zupełnie oczywistego, to pomyślcie raz jeszcze. W moim mieście wszystkie budynki mają na dachu zbiorniki (500-2000 litrów), jednak to, w jaki sposób woda jest do nich dostarczana różni się w zależności od okolicy, a nawet pomiędzy sąsiadującymi domami.

Nasz budynek podłączony jest do sieci wodociągowej, w której woda jest jedynie do południa – dlatego musimy pamiętać, aby co kilka dni, koniecznie rano, włączyć pompę która doprowadzi wodę do naszego zbiornika. A jeżeli zapomnimy? Nie ma problemu, wystarczy podjechać na souk, gdzie beczkowozy tylko czekają na taką okazję i za kwotę dwukrotnie wyższą niż miesięczny rachunek za wodę z radością podjadą.

Niektórzy mieszkańcy z beczkowozów muszą jednak korzystać na codzień – nie wszystkie budynki mają dostęp do wodociągu. I tak codziennie rano na mojej ulicy zatrzymuje się samochód, którego kierowca ma klucze do bram kilku domów i zawsze o tej samej porze doprowadza wodę.

Taki system sprawdza się tutaj i funkcjonuje zupełnie naturalnie, chociaż zarówno dla mnie jak i mojego męża była to całkowita nowość i mieliśmy spore trudności z przyzwyczajeniem się do funkcjonowania w ten sposób. O tym, że taka woda nie nadaje się do spożycia nie muszę chyba nawet wspominać? A ja do tej pory staram się nie myśleć o czarnym zbiorniku na dachu, który czyszczony nie był zapewne nigdy i w którym, szczególnie podczas letnich upałów, środowisko dla wszelkich paskudztw jest wymarzone 😉

Krachel, czyli marokańskie brioszki

Bajecznie miękknie, lekko słodkie i rozpływające się w ustach marokańskie brioszki, zwane krachel, można kupić na rogu każdej ulicy, wypiekane na świeżo. Pachną tak wspaniale, że nie sposób przejść obok obojętnie, szczególnie, że kosztują tyle co nic – 1 szt to 1 dirham, czyli jakieś 36 groszy.

Przepisem podzieliła się ze mną sąsiadka – sama nie mam cierpliwości ich piec, wiedząc, że kilka metrów od domu mogę kupić świeżutkie, ale może ktoś z Was się skusi. Świetnie smakują z dżemami, masłem czy nutellą, chociaż są tak dobre, że zazwyczaj zjadam je bez żadnych dodatków.


Przepis na 10-12 sztuk

Ciasto:
4 i pół szklanki (ok 600 g) mąki pszennej
20 g suchych drożdży (lub 40 g świeżych)
100 g cukru
2 jajka
100 g roztopionego masła
200 ml ciepłego mleka
2 łyżki wody pomarańczowej
szczypta soli

Dodatkowo:
1 żółtko
1 łyżka mleka
2 łyżki sezamu

Opcjonalnie:
Można dodać do ciasta łyżeczkę anyżu i ok 4 łyżek sezamu – u nas wersja bez dodatków.

Mąkę przesiać i wymieszać z suchymi drożdżami (w przypadku świeżych, najpierw zrobić rozczyn). Dodać resztę składników i wyrobić, pod koniec stopniowo dodając roztopione masło. Wyrabiać odpowiednio długo, aby ciasto było miękke, elastyczne, w miarę możliwości ograniczyć dodawanie dodatkowej mąki – ciasto powinno być lekkie i klejące, w razie potrzeby można dodać więcej mleka. Włożyć do miski posmarowanej masłem, przykryć ręcznikiem kuchennym i odstawić w ciepłe miejsce, do podwojenia objętości, na około godzinę. Po tym czasie ciasto mocno uderzyć, raz jeszcze krótko wyrobić i pozostawić na ok. 40 min do wyrośnięcia.

W międzyczasie uprażyć sezam – wsypać na suchą, rozgrzaną patelnię, mieszać aż się przyrumieni.

Dużą blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Wyrośnięte ciasto podzielić na 10-12 części, z każdej uformować kulkę, lekko spłaszczyć i pozostawić na 5-10 minut.

Żółtko wymieszać z mlekiem, posmarować każdą bułeczkę i posypać sezamem.

Piec w piekarniku nagrzanym do 200 stopni przez około 20 min, do suchego patyczka.Wystudzić na kratce.

Smacznego!

Jak uchronić się przed arabskim „wizowcem”

Poznałaś go na internetowym czacie, przez Facebooka lub w egzotycznym wakacyjnym kurorcie. Czułym spojrzeniom przez skype nie ma końca, jesteś jego habibti, a on zapewnia Cię o dozgonnej szalonej miłości, której zwieńczeniem będzie malowniczy ślub. Nie słyszysz narzekania, tylko komplementy, wszystko jest ciekawe, inne – bajecznie perfekcyjne. Motyle rozsadzają Ci brzuch, a Ty unosisz się nad ziemią, zamiast zwyczajnie po niej stąpać.

Arabowie są jedyni w swoim rodzaju, potrafią okazywać uczucia jak nikt inny i sprawić, że kobieta czuje się jak księżniczka i zapomina o całym świecie. Ich, z natury pozytywne, usposobienie sprawia, że wszystko nagle wydaje się znacznie bardziej pozytywne, a wyluzowane podejście do życia imponuje, zamiast budzić niepokój. Każde zakochanie wiąże się z tym, że funkcje myślenia przejmuje serce i zamiast zatrzymać się na chwilę aby zastanowić się nad słowami i gestami wszystko bierzemy za dobrą monetę. W tym momencie niewiele jest rzeczy, których mogłybyśmy nie wybaczyć, niewiele wątpliwości, których nie udałoby się rozwiać. A powinno być – zwłaszcza, jeżeli wiążesz się z obcokrajowcem.

Angażując się w relację z kimś z zagranicy pozbawiasz się możliwości weryfikacji jego historii – brak jest jakichkolwiek wspólnych znajomych, którzy mogliby potwierdzić jego słowa, nie znasz realiów czy procedur istniejących w jego kraju, pozostaje Ci więc uwierzyć na słowo. Kochasz, więc przychodzi to łatwo, czasami warto jednak się zatrzymać i zastanowić, czy rzeczywiście wszystko ma sens, czy reagowałabyś w ten sam sposób, gdyby nie emocje, które targają Twoim sercem? Jeżeli miłość jest prawdziwa – czego z całego serca Ci życzę – to przetrwa każdą próbę, rozłąkę, a wszelkie wątpliwości, które wyrazisz na głos, tylko umocnią Wasz związek. Chodzi w końcu o Twoje szczęście i przyszłość, nie ma więc nic złego w asekurowaniu się i nie świadczy to w żaden sposób o braku zaufania. Samochodu również nie ubezpieczamy dlatego, że wierzymy, że przytrafi nam się wypadek – modlimy się, żeby nigdy nic złego się nie wydarzyło, ale jeśli już… przynajmniej łatwiej będzie nam z tego wybrnąć.

Miłość – miłością, ale dlaczego tak właściwie Arabowie lgną do Europejek, często nawet dużo starszych czy mniej atrakcyjnych niż oni sami? Odpowiedź na to pytanie jest z jednej strony trywialnie prosta – Europejka stanowi gwarancję przeprowadzki do Europy, która tutaj widziana jest przez różowe okulary, jako ziemia obiecana, gdzie pieniądze rosną na drzewach. Z drugiej strony, wielu mężczyzn decydujących się pozostać w ojczystym kraju nadal zapamiętale szuka żony z Europy – w tym przypadku powód jest równie prozaiczny. Europejka zazwyczaj stawia mniejsze wymagania niż Arabka, która nawet jeżeli zdecyduje się na pracę zawodową i tak pieniądze zatrzyma dla siebie. Dla wielu kobiet z naszego kręgu kulturowego niewyobrażalne jest to, że mogłybyśmy nie pracować, zdać się na utrzymanie męża, a już tym bardziej pracować i nie dokładać się do budżetu domowego.

Wyświadcz sobie samej przysługę i przetestuj swojego wybranka – w niczym to nie zaszkodzi, a może uchronić Cię przed błędami, których konsekwencje będą poważniejsze, niż złamane serce.

1. Przekonaj go, że nie chcesz mieszkać w Europie
Sprawdzony sposób, który należy rozegrać umiejętnie. Jasne, że rozumiesz, że życie w krajach arabskich nie należy do najłatwiejszych, nie jest łatwo o pracę, a poziom życia odbiega od tego, do którego przywykłaś. Ale przecież nie to jest w życiu najważniejsze, prawda? Twoim marzeniem zawsze były egzotyczne kraje z domieszką orientu, europejski klimat absolutnie Ci nie sprzyja, marzysz o słonecznej pogodzie przez okrągły rok i zwyczajnie podoba Ci się życie w jego ojczyźnie. Bieda? Razem dacie sobie radę, miłość jest najważniejsza, a europejski styl życia to wyścig szczurów, w którym małżeństwo i rodzina tracą na znaczeniu. Zdecydowanie to Ty przeprowadzasz się do niego – nie ma o czym dyskutować.

Nadal nie uciekł?

2. Przekonaj go, że jesteś w kiepskiej sytuacji finansowej
Niestety, zdarzają się i tacy, którym wydaje się, że żona z Europy wprost będzie ich utrzymywać i już na etapie wczesnej znajomości potrafią napomknąć, że przydałby się nowy telefon – oczywiście po to, żebyście mogli być w nieustannym kontakcie, a chorej mamie skończyły się leki. Oczywiście, bardzo mi przykro jeżeli rzeczywiście tak jest, ale koniec końców to obowiązkiem mężczyzny jest zapewnienie bytu rodzinie, jeżeli nie udaje mu się na tym etapie, w jaki sposób planuje utrzymać żonę i dzieci? Zadbaj o to, żeby nie wydawało mu się, że powodzi Ci się nadto dobrze. Wakacje to wygrana w radiowym konkursie, do pracy dojeżdżasz autobusem, w kinie nie pamiętasz, kiedy byłaś po raz ostatni, a ostatnio musiałaś zrezygnować z wypadu do restauracji, bo byłaś przed wypłatą.

Jeżeli byłaś mocno przekonywująca – gratulacje! Najprawdopodobniej habibi nie jest typowym wizowcem. Nie oznacza to jednak, że możesz odetchnąć z ulgą. Ileż razy słyszałam od męża, że jakiś znajomy szuka sobie Europejki, bo one pracują, zajmują się domem, dziećmi, usługują mężowi we wszystkim, a życie intymne kwitnie. Nadal troszczymy się o siebie, pozostajemy czujne i testujemy faceta pod każdym możliwym względem!

3. Ekscytacja tradycyjnym modelem rodziny
Równouprawnienie? Jak najbardziej, jeżeli tylko mężczyźni zaczną rodzić dzieci. Nowoczesne dążenie do zrównania roli kobiety i mężczyzny zdecydowanie Cię nie przekonuje. W końcu mężczyzna i kobieta są z natury różni, trudno więc wymagać od nich tego samego. Z radością zostaniesz w domu, a on niech zajmie się pracą zarobkową.

4. Znajomość swoich praw
Udowodnij mu, że wiesz jakie są prawa i obowiązki zarówno kobiety, jak i mężczyzny – szczególnie te, wynikające z islamu – wszak stanowi to podstawy funkcjonowania każdego społeczeństwa arabskiego. Zostajesz w domu, ale nigdzie nie jest powiedziane, że masz zająć się sprzątaniem i gotowaniem, podczas gdy on będzie spędzał połowę dnia z kolegami w kawiarni. Jeżeli będziesz się nudzić, wcale nie wykluczasz, że pójdziesz do pracy – w sumie fajnie byłoby mieć dodatkowe pieniądze na własne wydatki, nawet sprawdziłaś oferty okolicznych salonów kosmetycznych.

5. Poznaj jego rodzinę
Nawet, jeżeli tylko przez internet, nawet na odległość. Upewnij się, że wiedzą o Waszym związku i nie mają nic przeciwko, nie daj się zbyć stwierdzeniami, że to za wcześnie, bo ramy czasowe w świecie muzułmańskim dla takich relacji wyglądają zupełnie inaczej. Jeżeli traktuje związek poważnie, przedstawienie Cię rodzicom będzie jednym z pierwszych kroków – tutaj nie podlega to negocjacjom.

Dla własnego spokoju upewnij się, że to miłość do Ciebie, a nie do wizy, pieniędzy czy  ułatwień wynikające z Waszego związku. Tak, miłość jest cudowna, szczególnie tu i teraz. Ale za kilka miesięcy szalone zauroczenie zacznie ustępować miejsca zdrowemu rozsądkowi, różowe okulary spłowieją, więc wyświadcz sobie przysługę już teraz i zrób co w Twojej mocy, żebyś za jakiś czas nie przeklinała swojej łatwowierności.

A gdy już przekonasz, że jego intencje i uczucia są szczere? Zobacz co warto wiedzieć, o związku z muzułmaninem.

 

Nie praw komplementów tutejszym kobietom!

Obcy kraj, odmienna kultura, zupełnie inne zwyczaje. Wszystko inne – nawet kolory i zapachy. Wszystko jest egzotyczne i wszystkim się zachwycam, oczywiście na głos – a to błąd.

Absolutnie nie dlatego, że nie wypada, nie dlatego, „że co mąż pomyśli”, czy z jakiegokolwiek innego powodu który właśnie przychodzi Ci do głowy. Nie praw komplementów tutejszym kobietom, bo nie wyjdziesz z pustymi rękoma.

Fenomenem do którego wciąż nie mogę się przyzwyczaić, jest dla mnie afrykańska/arabska życzliwość i gościnność. Bezinteresowna w groteskowy czasami sposób. Witanie się z nieznajomymi, jak z najlepszymi przyjaciółmi, pełne poufałości rozmowy na tematy, które dla nas stanowią oczywiste tabu, czy w końcu zapraszanie do domu osoby poznanej dwie minuty temu.

Oczarowana gościnnością przyjmuję zaproszenie – a raczej zostaję poinformowana, że mam przyjść na herbatę i koniecznie, aby poznać całą rodzinę dziewczyny, której sama kompletnie nie znam. Zdumiona pytam męża, czy to tak na pewno, czy wypada przyjąć zaproszenie do domu, ale podobno to normalne. Zostaję zaprowadzona do pełnego barokowego przepychu salonu, połowa rodziny przybywa na powitanie i gdy czekam na obiecaną marokańską herbatę, podawane są kolejne dania, aż skromna „herbatka z ciasteczkami” przeradzają się w weselną ucztę. Oniemiała z przerażenia – bo przecież doskonale zdaję sobie sprawę, że nie wywinę się od jedzenia – i onieśmielona gościnnością w panice zaczynam prawić komplementy. W końcu wszystko jest nowe i ekscytujące.

Zaczyna się niewinnie – od ogólnego stwierdzenia, że piękny dom przechodzę do szczegółów i zachwycam się drewnianym pudełkiem na chusteczki w orientalne wzory – pani domu przyjmuje komplement z radością, więc kontynuuję i wspominam, że tutejsze stroje są niezwykłe, nigdy wcześniej nie widziałam melhfy, a szczególnie ta, którą ma na sobie kuzynka jest przepiękna! Te kolory i wzory – bajeczne! Rzeczona kuzynka podskakuje z ekscytacji, ściska mnie i wybiega z pokoju. Nieco zbita z tropu chwalę bransoletkę kobiety, która podaje kolejne danie i w tym momencie uświadamiam sobie, jak ogromny błąd popełniłam. W mgnieniu oka bransoletka ląduje na moim nadgarstku, kuzynka pani domu wraca do pokoju ubrana w zupełnie inny strój i wręcza mi melhfę, którą się zachwycałam, a ja z przerażenia nie wiem jak zareagować, aby nikogo nie urazić – dobrze, że wyćwiczony uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Resztę wieczoru spędzam skupiona na tym, aby przypadkiem znów nie palnąć komplementu, a na koniec wychodzę z drewnianym pudełkiem na chusteczki.

Kilka dni później spotykam się z koleżankami w biurze męża, chcą żebym poznała kobietę, która dołączyła do zespołu. Jest nas kilka – Marokanki, Jordanka, Tunezyjka, Kenijka, Kubanka i kolejna z Erytrei. Rozmawiamy, żartujemy, zastanawiamy się ile czasu upłynie, zanim mocna marokańska herbata zacznie nam smakować. Nowa znajoma wpatruje się w Zhour, roześmianą Marokankę, i – ku mojemu przerażeniu – zachwyca się złotym łańcuszkiem na jej szyi. Zhour, niewiele myśląc, w zupełnie naturalnym pierwszym odruchu pyta „Chcesz? Masz!” równocześnie z radością zdejmując naszyjnik i zapinając go na szyi zdezorientowanej dziewczyny. Wszyscy wybuchają śmiechem i zaczynają opowiadać sobie historię o tym, jak to raz komuś spodobała się bluzka, którą miała na sobie Zhour 😉

W tym momencie przypomina mi się hadis, w myśl którego nie uwierzył prawdziwie ten, kto nie chce dla swojego brata tego samego, czego chce dla siebie. Zobaczyć to w praktyce jest niesamowitym doświadczeniem – raczej przywykłam do zawiści, fałszywej skromności czy arogancji. Rzadziej – do tak ogromnej serdeczności.

Jak muzułmanka planuje przylot do Polski?

Siedzę i planuję, dyskutuję z mężem, analizuję wszelkie możliwe opcje. Zupełnie niestandardowo zamiast analizować koszty, wybierać bardziej atrakcyjne opcje i cieszyć się, że będę miała okazję spotkać się ze znajomymi, rodziną i odwiedzić ulubione miejsca, analizujemy bieżącą sytuację i planujemy wyjazd pod kątem bezpieczeństwa.

Czeczenka pobita podczas odprowadzania dzieci do przedszkola, Oplute muzułmanki z Niemiec, Algierka zaatakowana w komunikacji miejskiej, kilkuletnia córka Polki i Araba zwyzywana od terrorystów, muzułmańskie małżeństwo zwyzywane w tramwaju. To tylko ułamek wydarzeń z ostatniego okresu, które dobitnie pokazują z czym muszą zmierzyć się „inni” w Polsce. Nie ważne, czy jesteś Polką, która przeszła na islam, obcokrajowcem o ciemniejszym odcieniu skóry, czy dzieckiem ze związku mieszanego – Polska przestała być dla nas przyjaznym krajem.

Czy będę bezpieczna? Czy mogę swobodnie poruszać się komunikacją miejską? Czy mogę wyjść na zewnątrz ubrana w abaję? Przecież to tylko długa sukienka, a jednak już nawet nakrycie głowy wzbudza niechęć… Lepiej przylecieć w zimie, gdy w gąszczu czapek mój hidżab będzie się mniej rzucał w oczy, czy może poczekać do wiosny? Miliony pytań tłoczą się w mojej głowie a łzy złości cisną się do oczu na myśl, że nie mogę zwyczajnie przyjechać i niczym się nie martwić.

Najwygodniej byłoby gdybym poleciała do Agadiru i stamtąd czarterem do Warszawy. Ale… Jak polscy turyści zareagują na widok muzułmanki ubranej w abaję i hidżab wśród pasażerów? No i kontrola paszportowa w Warszawie, gdzie znów spotkam się z zainteresowaniem z powodu mojego wyglądu i będę musiała wytłumaczyć się z każdej pieczątki w paszporcie. Mąż od razu ucina moje wątpliwości i stwierdza, że koniecznie powinnam polecieć lotem rejsowym – Casablanca – Paryż lub Frankfurt – Warszawa. Trochę więcej zachodu, mniej wygodnie, drożej – ale z pewnością, że nie spotkają mnie żadne nieprzyjemności.

Podekscytowana zastanawiam się, gdzie poza Warszawą się wybiorę? Może do mojej rodzinnej miejscowości, spotkać się ze znajomymi i odwiedzić rodzinę? Nie, to odpada. Po ostatniej wizycie obiecałam sobie, że pojadę tylko, jeżeli nie będę musiała poświęcać swoich przekonań. Ale to nic, w Warszawie też mam znajomych, tylko… Znajomi ze studiów i z pracy nie wiedzą, że jestem muzułmanką. Zastanawiam się, jak zareagowaliby na mój widok i od razu rezygnuję. Trudno. Zakupy, wizyty u kilku lekarzy, dentysta, fryzjer, kosmetyczka i wracam do domu – potrzebuję maksymalnie tydzień.

Ale… Czy na pewno zima jest dobrym pomysłem? Z jednej strony większe szanse na wtopienie się w tłum, z drugiej – jestem nieprzyzwyczajona do mrozów, więc przeziębienie gwarantowane… Nie mam nawet zimowych ubrań, wszystko musiałabym kupować. A gdybym wywróciła się na ulicy, czy ktokolwiek pomoże muzułmance? Tylko czy ma to jakiekolwiek znaczenie? W końcu nie będę spacerowała zbyt wiele, mąż sugeruje, żebym zdała się na taksówki, zamiast na komunikację miejską. Po krótkiej rozmowie dochodzimy do wniosku, że autobusy i tramwaje są ok, jeżeli będę wsiadała pierwszymi drzwiami tak, żeby być blisko kierowcy/motorniczego. Metra lepiej unikać – nagrania z kamer na niewiele się zdadzą, jeżeli stanie mi się krzywda. Widząc jego zmartwiony wzrok przystaję na sugestię dotyczącą taksówek. Irytuje mnie fakt, że nie będę mogła poczuć się jak u siebie, jak dawniej, gdy tam mieszkałam, ale dobrze wiem, że ma rację i że bezpieczeństwo powinno stanowić priorytet.

Ale-ale! To wszystko nie ważne! Przecież będę w moim ukochanym mieście, gdzie wszystko jest na wyciągnięcie ręki, z przepysznym jedzeniem w dostawą, które będę zamawiała codziennie do mieszkania… Głos rozsądku  męża znów bierze górę – nie, nie mieszkanie tylko hotel. W centrum. W ścisłym centrum, żebym miała wszędzie blisko, żeby było bezpieczniej, żeby była ochrona i recepcja przez całą dobę.

Moja ekscytacja powoli maleje… Zastanawiam się, czy w ogóle ma to jakiś sens? Gdyby nie książki i parę innych rzeczy które ciągle czekają w moim poprzednim mieszkaniu, odpuściłabym ten wyjazd. Takie myśli napawają mnie coraz większym smutkiem – czy na prawdę przyjazd do ojczyzny musi być dla mnie takim wyzwaniem? Dlaczego nie mogę zwyczajnie wylądować na dowolnym lotnisku i nie mieć poczucia, że z założenia jestem podejrzewana o to, co najgorsze? Dlaczego nie mogę wsiąść wieczorem do tramwaju nie mając większych obaw niż dziewczyna ubrana w t-shirt i dżinsy? Dlaczego cały ten wyjazd musi wiązać się z tak niedorzeczną logistyką?

Z irytacją stwierdzam, że nie pozwolę, by ktokolwiek narzucał mi sposób, w jaki mam żyć lub ograniczał mnie ze względu na strój, jaki decyduję się nosić. Nie tylko nie odpuszczę hidżabu, ale też nie zamienię abaji na nic mniej rzucającego się w oczy.

 

Moja droga do islamu

Łatwo jest nam zaszufladkować kobietę, która zmienia wyznanie – szczególnie, jeżeli nową religią okazuje się islam. Zmieniła religię dla męża – to proste, prawda? Mamy naturalną tendencję do upraszczania otaczającego nas świata i szukania uniwersalnych wyjaśnień, jednak prawda bywa zupełnie inna.

Tak, to prawda, że wiele z nas przyjęło islam po związaniu się z muzułmaninem. Tylko czy można zmienić religię dla kogoś? Z moich subiektywnych obserwacji wynika, że mąż w takiej sytuacji stanowi raczej inspirację, niż powód.

A jak było w moim przypadku? Pytanie to pojawiło się już kilkakrotnie, także w mojej rozmowie z Teresą Ozimek, o której wspominałam tutaj.

Religia była zawsze mocno obecna w moim życiu, ze względu na rodziców będących zagorzałymi katolikami. Nie miałam jednak przekonania do tego, co mi wpajano, co słyszałam w kościele. Trudno było mi odnaleźć sens i prawdę w stwierdzeniach, które nie składały mi się w jedną całość, a ilekroć próbowałam zadawać pytania spotykałam się ze odpowiedziami, że ludzie wierzą mniej, dlatego że chcą wiedzieć za dużo, że to tajemnica, której nasz umysł nie jest w stanie przyswoić, aż w końcu z krzykami, że jak mogę negować to, co ksiądz powiedział. I tak do znudzenia.

Równocześnie kultura arabska mimowolnie zagościła w moich myślach lata temu, a wszystko za sprawą moich rodziców, których niechęć do inności odniosła skutek odwrotny do zamierzonego. Tak wiele razy słyszałam mrożące krew w żyłach historie kobiet dręczonych i przetrzymywanych wbrew ich woli przez bezwzględnych Arabów,  ba! Nawet zabijanych jedynie za to, że spodobały się komuś innemu. Mój z natury buntowniczy umysł automatycznie odrzucał bezwzględne założenie, zgodnie z którym życie sporej części populacji miałoby być tak dramatyczną udręką, zwyczajnie nie miało to dla mnie sensu.

Orient, egzotyka – zaczęłam chłonąć wszelkie książki na ten temat, wyszukiwać blogi kobiet mieszkających w krajach muzułmańskich, fascynować się zderzeniem zasłyszanych historii z rzeczywistością ukazywaną przez osoby mające wiedzę z pierwszej ręki. Równocześnie był to okres poszukiwania przeze mnie sensu w religii, która jawiła mi się jedynie jako przymus – w moim przypadku nie tylko coniedzielny. Podczas studiów wykład z religioznawstwa sprawił, że odkryłam, iż religia może być nie tylko dogmatem, ale też faktem. W dyskusji na temat islamu nie było praktycznie miejsca na domysły, data – wydarzenie – fakt. Tak odmienne, od tego w czym się wychowałam, w końcu miałam punkt zaczepienia – historię, nie dogmat. Łatwiej było mi uwierzyć w coś, przedstawionego w sposób logiczny. Dotychczas nie mogłam się nadziwić rozdziałowi nauki i Kościoła – w końcu jeżeli wszystko, co nas otacza pochodzi od Boga, powinno znaleźć swoje odzwierciedlenie w religii, a tymczasem rozwój nauki był podawany za jedną z przyczyn dla których ludzie odwracają się od wiary. Czytając Koran odkrywałam, że prawdy objawione 1400 lat temu znajdują swoje potwierdzenie w dzisiejszej nauce – zdecydowanie był to temat wart analizy.

Zmiana religii to jednak wywrócenie całego życia do góry nogami – szczególnie, gdy chce się to zrobić z pełnym przekonaniem, a nie zwyczajnie zmienić etykietę z „chrześcijanka” na „muzułmanka”. Podjęcie ostatecznej decyzji zajęło mi kilka lat podczas których, mimo wszystko, coraz wyraźniej kierowałam swoje kroki ku islamowi i arabskiemu światu. Początkowo stawiałam te kroki na oślep, trochę niepewnie, nie do końca zdając sobie sprawę z wielu kwestii, postanowiłam spełnić swoje marzenie i wyjechać do ZEA. Wspomnienie pierwszego wezwania na modlitwę usłyszanego na żywo do tej pory przyprawia mnie o gęsią skórkę, a wtedy wypełniło mnie takim spokojem, że wiedziałam już, iż kwestia zostania muzułmanką to nie „czy?”, tylko „kiedy?”. Podróż ta, rozprawiła się również ze strachem odnośnie pozycji kobiety w społeczeństwie muzułmańskim, który mimo wszystko tlił się z tyłu mojej głowy. Będąc tam, obserwując typowo arabskie rodziny zwyczajnie chciałam być na miejscu tych kobiet – traktowanych z tak ogromnym szacunkiem.

Czy łatwo jest przejść z jednej religii do drugiej? I tak i nie. Wewnętrzna przemiana była dla mnie stosunkowo łatwa, dość łagodnie przechodziłam cały proces wraz z poznawaniem tego, czym w istocie jest islam. Samo wypowiedzenie Szahady, czyli wyznania wiary, było dla mnie czymś zupełnie naturalnym – jedyne obawy wiązały się z tym, że od teraz wszelkie moje czyny będą zaliczane na moje konto, a ja nie jestem pewna, czy podołam. To, co jest trudne w przyjmowaniu innej religii to reakcja otoczenia. Początkowo miałam wrażenie, że dostaję rozdwojenia jaźni od konieczności nieustannego udawania. Brak zrozumienia jest tym, z czym najtrudniej było mi się zmierzyć, jest też jednym z powodów dla których zależało mi na wyprowadzce z kraju.

Nowa religia pozwoliła mi odnaleźć wewnętrzną siłę do stawania się lepszą osobą, do tego, aby nie iść na łatwiznę, tylko starać się postępować właściwie. Dzięki islamowi nauczyłam się dostrzegać zupełnie inne aspekty moralne codzienności, niż dotychczas, nauczyłam się też nadawać mojemu życiu właściwe priorytety i w końcu odnalazłam spokój ducha wierząc, że wszystko się ułoży jeżeli tylko będę postępowała właściwie.

Rozmowy o muzułmańskiej i arabskiej codzienności

Pisanie o codzienności stanowi dla mnie nie lada wyzwanie – w końcu to, co dla mnie jest zwyczajne, dla wielu osób jest egzotyką. Dlatego też tak bardzo ucieszyła mnie rozmowa z Panią Teresą Ozimek, której pytania uzmysłowiły mi co tak na prawdę może interesować osoby postronne. Efekty naszej pracy możecie przeczytać tutaj, natomiast całość rozmowy, w formie odrębnych wpisów znajdzie się w najbliższym czasie na blogu.

Równocześnie zachęcam Was do śledzenia bloga Pani Teresy http://teresa-ozimek.blog.pl/, która jest niesamowicie ciepłą osobą skupiającą się na kwestiach życia codziennego, które nam samym zdarza się przemilczeć.

 

Co zaskakuje mnie w krajach arabskich

Kraje arabskie nie są jednorodne – patrząc z perspektywy Europejczyka łatwo nam zaszufladkować całą Afrykę Północną i Zatokę Perską, czasami dorzucając też Turcję, Iran, Pakistan i Afganistan i opatrzyć całość plakietką z napisem „kraje arabskie”. Nie wdając się zbytnio w politykę, umówmy się, że kraje arabskie to te, które należą do Ligii Arabskiej. Kraj muzułmański nie oznacza automatycznie kraju arabskiego – w końcu największym skupiskiem muzułmanów jest Indonezja, a z Arabami ma ona niewiele wspólnego. Pamiętajmy też, że jedynie około 20% muzułmanów to Arabowie.

Kultura, zwyczaje i ludzie zamieszkujący obszary krajów arabskich różnią się znacząco pomiędzy miastami, nie mówiąc już o krajach, dlatego z założenia ten post będzie miał kilka część – każda dotycząca innego kraju. Są jednak elementy wspólne, które wszędzie zaskakują mnie jednakowo i na tym się dziś skupimy – w kontekście Afryki Północnej 🙂

Nie takie muzułmańskie, jak by się wydawało
Lecisz do Kairu,  Marrakeszu, Casablanca, czy Tunisu? Nie spodziewaj się, że wszystkie kobiety będą w abajach i niqabach, a na czas modlitwy ulice opustoszeją. Tak na prawdę muzułmanie są takimi samymi ludźmi jak wszyscy inni. Niektórzy są mniej, inni bardziej praktykujący, niektórzy modlą się 5 razy dziennie, inni tylko w piątki, a jeszcze inni sporadycznie podczas Ramadanu. Identycznie rzecz się ma z kobietami – poza nielicznymi krajami, w których nakrycie głowy jest obowiązkowe, można zobaczyć cały przekrój Arabek – od burek zasłaniających oczy, przez niqaby, abaje, tradycyjne zwiewne stroje, hidżaby noszone wraz z obcisłymi spodniami i bluzkami, aż po krótkie sukienki i rozpuszczone włosy.

Bezpieczeństwo
Temat dyskusyjny i mający wiele wymiarów, jednak z perspektywy mieszkańca wyglądający zupełnie inaczej. Wypad do centrum handlowego? Kontrola jak na lotnisku. Lokalny supermarket? Ochroniarz w każdych drzwiach sprawdzający wykrywaczem metali torebki i plecaki. Na ulicach mnóstwo policji, wyrywkowe kontrole dokumentów, zatrzymania samochodów. W przypadku wielu lotnisk brak jest możliwości wejścia do budynku, jeżeli nie jest się podróżnym, w większości przypadków wstępną kontrolę bezpieczeństwa bagażu przechodzi się już w drzwiach lotniska. Osobiście, czuję się bezpieczniej tu, gdzie mieszkam, niż w mojej ukochanej Warszawie.

Ruch drogowy
O matulu! Chaos, to chyba najlepsze słowo, którym można opisać jak to wygląda. Pierwsze chwile w Tunezji wiązały się z próbą zrozumienia tego, dlaczego pieszy poruszają się poboczem, zamiast chodnikiem, dlaczego chodnik służy za parking, na dwupasmowej drodze samochody poruszają się w trzech kolumnach i ten z prawej strony skręca w lewo, ale nie może bo ten z lewej zajechał mu drogę skręcając w prawo. Żeby rozwiązać konflikt kierowcy wysiadają i kłócą się na środku skrzyżowania. Jedziemy dalej. zaraz za skrzyżowaniem samochód jadący przed nami się zatrzymuje, kierowca wysiada – okazuje się, że to znajomy więc stoimy tak przez 15 min. W międzyczasie wyskakuję do drogerii na zakupy. Macie gęsią skórkę? W Egipcie przebiegałam na drugą stronę przez autostradę (!) – bo przechodzenie przez ulicę pomiędzy jadącymi samochodami jest już dla mnie czymś zupełnie naturalnym. Tak samo jak spacerowanie drogą, zamiast chodnikiem.

Życzliwi ludzie
Właściwie nie życzliwi. Przyjaźni w niewyobrażalny dla nas sposób. Godzinny lot krajowy w Maroku. Sadowię się wygodnie, słuchawki na uszach i obserwuję wsiadających ludzi – kurczę, oni wszyscy się znają! Śmiech, rozmowy, pomaganie z bagażami, wskazywanie palcami gdzie kto siedzi. W miarę gdy samolot się wypełnia mam wrażenie, że cały tył jest jak wesoły wiejski autobus i w duchu cieszę się, że w klasie biznes jest nas tylko kilka osób. Do czasu, gdy boarding jest zakończony i siedząca nieopodal dziewczyna przesiada się na siedzenie obok mnie i zaczyna mówić, że koniecznie muszę przyjść do niej do domu na marokańską herbatę i poznać jej rodzinę, jej rodzice będą szczęśliwi mogąc mnie gościć. Cały czas nie jestem pewna, czy przypadkiem mnie z kimś nie pomyliła, ale na koniec wymieniamy się numerami telefonu, a po kilku dniach dostaję wiadomość z zaproszeniem do jej domu.

Łatwość, z jaką nawiązuje się tutaj przyjaźnie
Przyjaźń zaczyna się tutaj znacznie wcześniej, niż dla nas. Nadal mam kłopot, żeby nazwać przyjacielem kogoś, kogo znam 2 tygodnie, w końcu my musimy najpierw zjeść z kimś beczkę soli, później możemy myśleć o przyjaźni. Trudno było mi się odnaleźć wśród całej tej życzliwości i sympatii z jaką się spotykałam, w tym, że po dwóch wspólnych wyjściach stałam się częścią tej społeczności. Nieustannie doszukiwałam się podtekstów i ukrytych motywów, albo zwyczajnie wychodziłam z założenia, że coś musi być nie tak z ludźmi, którzy bezinteresownie pomagają i z marszu przyjęli mnie do swojego kręgu, dla których stałam się nie tylko przyjaciółką, ale siostrą. Jesteśmy jedną wielką rodziną, niesamowitą mieszaniną kobiet o różnych doświadczeniach, pochodzących z różnych części świata, które obracają dzielące je różnice kulturowe, religijne i społeczne w coś, co łączy zamiast dzielić.

Powitania
Kobieta z mężczyzną standardowo uścisk dłoni, przytulenie się rzadziej – jedynie w kręgu rodziny lub bardzo liberalnych osób. Bardziej konserwatywnie, poprzez uśmiech i położenie dłoni na sercu, tak jak zrobił do kanadyjski premier, podczas spotkania z muzułmankami. Wśród mężczyzn podanie ręki, przytulenie, poklepanie po plecach – do koloru do wyboru i właściwie wszystko wypada. A kobiety? Obowiązkowo pocałunek w policzek. Próbowałam zapamiętać, że z Jordanką 3 całusy – najpierw prawy policzek, lewy, prawy. Z Egipcjanką dwa i koniecznie przytulenie się na koniec. Z Marokanką dwa w prawy policzek. Ale zaraz, inna Marokanka podanie dłoni i jeden całus, a jeszcze inna trzy, tak samo jak Jordanka. Poddaję się.

Pyszne jedzenie
I nie mówię tutaj jedynie o restauracjach – jak wszędzie, z tym różnie bywa. Ale te owoce i warzywa! Świeże, pachnące, pyszne, naturalne. Koniecznie z suku lub lokalnego warzywniaka. I kurczak, który nareszcie ma smak.

 

Ale żeby nie było tak kolorowo…

Bieda
Nie wiedziałam czym jest bieda, dopóki nie zamieszkałam w Afryce.

Wyraźne zróżnicowanie warstw społecznych
Ciągle jest dla mnie dziwne, że takie coś faktycznie istnieje. Wyraźny podział na „lepszych” i „gorszych” z bardzo ograniczonymi perspektywami na wybicie się. Bogatsi wysyłający dzieci do prywatnych szkół i na zajęcia dodatkowe. Biedniejsi których dzieci chodzą do nienajlepszych publicznych szkół, co rzutuje na ich przyszłe perspektywy, a równocześnie w tej kategorii również grupa tych, którym ledwie starcza na podstawowe wyżywienie, więc kilkunastoletnia córka sprząta u bogatszych, a syn pomaga na budowach. Biedni, którzy nie mogą pozwolić sobie na luksus edukacji, bo oznaczałoby to utratę dodatkowego dochodu z pracy dziecka.

 

A to chyba i tak nie wszystko 🙂

 

Wpis na specjalną prośbę i z dedykacją dla Sylwii 🙂